Toż to Pawlaczka

 

Screen Shot 2017-03-15 at 12.33.13 PMhttp://www.gazetagazeta.com/2016/08/toz-to-pawlaczka/

Malajka i jej siostra Zarrin (z matki Angielki i ojca czarnoskórego Amerykanina) zaprzyjaźniły się z moimi córkami (Iwą i Tiną) od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Po szkole dziewczynki często spotykały się w naszym domu, do tego stopnia, że stałam się dla Malajki i Zarrin “drugą mamą” – tak mnie nazywały po polsku. Z czasem zaczęły używać coraz więcej polskich słów, wymawianych prawie bez akcentu. Dziewczynki były bardzo kreatywne w czasie zabaw, a ich ulubioną było tworzenie sztuk teatralnych, które miały również akcenty polskie. Były to debiuty aktorskie Zarrin – obecnie aktorki teatralnej i filmowej. Nasze mieszkanie, pełne obrazów o tematyce polskiej, albu- Toż to Pawlaczka mów z polską sztuką i bogatej kolekcji najlepszych polskich filmów siłą rzeczy wprowadził te dwie Mulatki w świat polskiej kultury, który chłonęły z wielkim zainteresowaniem. To dla nich kupiłam wersje angielskie “Trylogii” i “Quo vadis”. Z rozrzewnieniem słuchałam potem zażartych dyskusji, który z bohaterów sienkiewiczowskich był najszlachetniejszy, najzabawniejszy czy najbardziej czarujący. Słowa – Pan Skrzetuski, Pan Zagłoba, Pan Michał, Kmicic, Bohun, Helena – początkowo wymawiane z trudem, przewijały się w angielskich zdaniach. Gdy “Pan Tadeusz” Wajdy wszedł na ekrany, kupiłam kasetę video i obejrzałam kilka razy ten przepiękny film z moimi córkami. Pożyczyłyśmy kasetę Malajce i Zarrin.

Przez dwa dni przyjaciółki córek nie odzywały się i już myślałam, że jednak Mickiewicz to za duże wyzwanie dla Kanadyjek. Na drugi dzień, o pierwszej w nocy dzwoni telefon. W słuchawce słyszę dziewczęcy szloch. Rozpoznałam Malajkę.
– Boże, co się stało! – byłam przerażona.
– Beata, Robak umarł – usłyszałam przemieszaną ze łkaniem odpowiedź.

Dopiero gdy odłożyłam słuchawkę, dałam upust rozbawieniu, wybuchając głośnym śmiechem. Od tego czasu Malajka dostała przydomek – Pawlaczka. Wielbicielom trylogii “Sami swoi” nie muszę tłumaczyć, co on oznacza.

Moje córki oraz ich przyjaciółki są już dorosłymi kobietami, ale utrzymują kontakt i niedawno wszystkie spotkały się w Kingston na trzydziestych urodzinach Malajki. Kiedy rozmawiam telefonicznie z Zarrin i Malajką, prawie za każdym razem słyszę, jak miło wspominają czas spędzony w naszym domu i jego polską atmosferę. Dostaję komplementy, że Polacy są fantastycznymi ludźmi. Nachodzą mnie wtedy refleksje – jak postrzegamy różne nacje poprzez swoje osobiste kontakty. W Kanadzie, w tym tyglu międzynarodowym, mamy do tego o wiele więcej okazji niż w ojczyźnie. Gdy myślę o Etiopczykach przypomina mi się Sharize – pierwsza nauczycielka Iwy, mojej starszej córki. Przez początkowe dwa lata emigracji nie mieliśmy stałego pobytu i Iwa nie miała prawa chodzić do szkoły. Uczyłam ją polskiego w domu, a nasza sąsiadka, Sharize, matka pięciorga malutkich dzieci (później wszystkie ukończyły wyższe studia, a jeden syn Harvard), wręcz opętana ideą edukacji, zaproponowała, że za darmo będzie uczyć Iwę. W albumie mam takie piękne zdjęcie – “Lekcja na trawie” – Sharize leży obok Iwy, ucząc ją angielskiego. Libanka Aileen również za darmo pomagała moim córkom w języku francuskim. Mogłabym mnożyć takich przykładów bardzo wiele i za każdym razem, czy to była Szkotka – Karen, Amerykanka – Sue, Angielka – Linda, Francuz – Dominic, Pakistańczyk – Karim, Żyd – Allan, Niemka – Ute, Hindus – Dave – ogarnia mnie rozrzewnienie. Wtedy myślę z życzliwością nie tylko o tych ludziach, ale o nacjach, z których pochodzą.

Jakże ważne jest więc nasze postępowanie, skoro może ono wpłynąć na ogólną opinię o naszej narodowości. Tym bardziej gdy stoi za tym znana postać. Zaczytywałam się niegdyś w biografiach Ignacego Paderewskiego, wielbionego przez obcokrajowców nie tylko za talent, ale i za osobowość, dzięki której przyczynił się bardzo znacznie do powstania niepodległej Polski.

Tylu jest wspaniałych ludzi w każdym narodzie. Od tylu z nich doświadczyłam przyjaźni. Dlatego jestem tak wrażliwa na negatywne uogólnienia. Przezwiska – Kangur, Jugol, Żółtek, Kanadol, Czarnuch, Żydek, Bambus, Polaczek – mogłabym wyliczyć jeszcze te bardziej obraźliwe, ale zaniecham. Budzą we mnie gwałtowny sprzeciw, gdyż każde z nich jest wymierzone w moich dobrych znajomych i przyjaciół.

Multikulti

Screen Shot 2017-03-15 at 12.18.42 PMhttp://www.gazetagazeta.com/2016/07/multikulti/

Popularne i często wypowiadane z lekką lub dużą dozą ironii słowo “multikulti” na trwałe zagościło w polskim słownictwie i wzbudza niemało emocji. Jeszcze nie tak dawno, przed II wojną światową wielokulturowość w Polsce byłą rzeczą normalną i oczywiście nie zawsze różne wyznania i narodowości żyły obok siebie w sielance, lecz przez wiele wieków Polska była przykładem tolerancji dla całej Europy. Po wojnie Polska stała się niemalże jednolicie narodowościowa, a dodatkowe określenie “Polak- katolik” zunifikowało nas wyznaniowo, chociaż wśród Polaków jest coraz więcej ateistów, protestantów, świadków Jehowy, mariawitów, a Białorusini i liczni Ukraińcy, w tym gastarbeiterzy są prawosławni. A jeśli chodzi o te 90% Polaków-katolików, to czy oni tak naprawdę przynależą do Kościoła katolickiego?

W tych moich 33 lata życia w Polsce, kiedy widziałam kościoły katolickie wypełnione wiernymi, byłam przez jakiś czas przekonana, że nasz naród to katolicki monolit. Wkrótce zmieniłam zdanie, gdy okazało się, że olbrzymia większość moich znajomych katolików nie posiada podstawowej wiedzy o nauce Kościoła, do którego należy. Zabawiłam się w mini ankietę, w której widniały punkty: wymień Przykazania Dekalogu, 5 Przykazań Kościelnych i Główne Prawdy Wiary. Około 90% pytanych nie potrafiło na nie odpowiedzieć, nie mówiąc już o podstawowej znajomości Nowego Testamentu – najważniejszej księgi chrześcijan. Podejrzewam, że stan wiedzy współczesnych Polaków-katolików jest mniej więcej ten sam. Świetnie to przedstawiał jeden z odcinków serialu “Ranczo”. Radzę moim czytelnikom również “zabawić” się w podobną ankietę.

Dlaczego więc nadal Polak katolik jest tak wystawiany na piedestał, a mniejszości narodowe i wyznaniowe są pogardliwie określane “multikulti?” Bulwersują mnie tego typu wypowiedzi, jaka miała miejsce podczas przemówienia w rocznicę Radomia 76: Nie było przypadkiem, że żądając chleba i wolności, żądaliście także wolności wyznawania świętej wiary katolickiej, bo jesteście Polakami. Źródłem waszej postawy jest tradycja patriotyczna i wiara katolicka. Te słowa niemalże odmawiają prawa do przynależności narodowej Polakom innego wyznania czy bezwyznaniowcom. Czyli Niekatolik = NiePolak.

Jeśli definicją katolika jest osoba, która należy do Kościoła katolickiego, a co za tym idzie jest dobrze zaznajomiona z nauką tegoż Kościoła, to powołując się na przeprowadzoną przeze mnie ankietę (i również Państwa, jeśli chcielibyście się Państwo przekonać), okazałoby się, że tak naprawdę katolicy w Polsce są mniejszością. Może dlatego tak bardzo boimy się jako naród przyjęcia nawet tysiąca uchodźców. Gdybyśmy rzeczywiście byli prawdziwymi katolikami, wsłuchanymi w naukę ostatnio wzniesionych na ołtarze papieży w tym św. Jana Pawła II, oraz obecnego papieża Franciszka, gdyby były nam dobrze znane wszystkie przykazania, gdybyśmy nie zapominali, że wiara chrześcijańska jest kosmopolityczna, bo przecież “bliźni” z Nowego Testamentu nie jest określany jako “człowiek tego samego wyznania czy rasy”, lecz po prostu “człowiek”, gdybyśmy też pamiętali, że Matka Boska nie pochodzi ani z Częstochowy czy Ostrej Bramy, ale podobnie jak Jej Syn, apostołowie i wielu świętych wywodzi się z Narodu Żydowskiego, możliwe, że Polacy-katolicy nie byliby tak wrogo nastawieni do wielokulturowości. Wtedy słowo “multikulti” stałoby się pozytywnym określeniem społeczności, która potrafi, mimo różnic wyznaniowych, z poszanowaniem dla odrębności innych, pokojowo współistnieć. Mam przyjemność żyć właśnie w takim społeczeństwie.

http://www.beatagolembiowska.studiobim.ca

Żona i mąż z Quebecu

Screen Shot 2017-03-15 at 11.44.02 AMhttps://www.gazetagazeta.com/2016/09/zona-i-maz-z-quebecu/

Powiedzenie “Najlepszy mąż to Francuz z Quebecu, a najgorsza żona – to Francuzka z Quebecu” zaczęło się utrwalać od zaledwie około dwudziestu lat. Skąd się ono wzięło i czy rzeczywiście odzwierciedla prawdę?

Quebec to prowincja Kanady, która wyróżnia się od reszty państwa nie tylko swoją francuską kulturą i językiem, ale również historią związaną do niedawna bardzo silnie z Kościołem katolickim. Przez kilka wieków Kościół katolicki stał na straży życia frankofońskich mieszkańców tej prowincji. Jego władza była wszechobecna, a o jej potędze świadczą zachowane olbrzymie budowle, zajmowane niegdyś przez klasztory czy przyklasztorne szkoły. Potężne kościoły były wznoszone w dużej liczbie, nierzadko jeden obok drugiego. Przedszkola, szkoły, sierocińce, szpitale, sądy, władze miejskie, ba, nawet prowincjonalne, były zdominowane przez duchowieństwo. Przeciętna rodzina quebecka liczyła kilkanaścioro dzieci, a jeśli zdarzyło się mniej, to ksiądz osobiście do takowej zaglądał, pytając o przyczyny braku dużego przychówku. Przy tak dużej dzietności rola kobiety była z góry ustalona – miała być wyłącznie żoną i matką, borykającą się na ogół z wielką biedą, co przy licznych rodzinach było powszechne.

Aż tu przyszły lata sześćdziesiąte, które przyniosły tak gwałtowne zmiany, że zostały one określone mianem rewolucji. Ponieważ nie przyniosła ona ofiar nazwano ją “spokojną” albo “aksamitną”. W przeciągu zaledwie kilku lat odmieniła Quebec nie tyko politycznie, ale i obyczajowo. Szczególnie kobiety odczuły jej powiew. Nie musiały już rodzić chmar dzieci, mogły się kształcić, miały prawo do rozwodu. Zmieniło się wiele praw dotyczących rodziny, łącznie ze złagodzonym prawem do aborcji. I tak kobieta w Quebecu w bardzo szybkim tempie zaczęła się wyzwalać. Mężczyźni siłą rzeczy też musieli się zmienić. Ich żony poszły do pracy, zaczęły zajmować coraz wyższe stanowiska, kształciły się. Wyedukowane miały swoje zdanie, nierzadko zupełnie różne od mężowskiego.

Po prawie 50 latach od aksamitnej rewolucji, jaka jest quebecka rodzina? Sięgam po statystyki. W XVIII i XIX wieku Quebec miał najwyższy przyrost naturalny na świecie! W XX wieku aż do lat 60. przyrost znacznie przewyższał inne kanadyjskie prowincje i był bardzo wysoki. W końcu lat 60. poprzez lata 70. spadł drastycznie i był najniższy. Spadła też liczba zawieranych ślubów i obecnie Quebec jest światowym liderem, jeśli chodzi o procent par partnerskich. Quebec obok Ontario ma najniższy procent wypadków przemocy rodzinnej.

Tyle mówią statystyki. Co może zaobserwować obywatel żyjący we francuskiej kanadyjskiej prowincji? Rozmawiam z frankofonami, wypytuję, jak żyli ich dziadkowie, a jak jest teraz, pytam o obyczaje i ich zmiany. Przyglądam się współczesnym rodzinom, nadstawiam ucha na spostrzeżenia innych. Nie jestem statystykiem ani socjologiem, ale opinie, które zaraz wygłoszę, są dosyć popularne wśród moich quebeckich znajomych.

Otóż nie tylko kobiety zmieniły model życia. Zrobili to również mężczyźni. Jakże często widzi się panów na placach zabaw, popychających wózki dziecinne czy obładowanych zakupami. Jest to oczywiście powszechne zjawisko, że mężczyźni coraz bardziej uczestniczą w życiu rodzinnym, lecz w Quebecu to stało się w bardzo krótkim okresie czasu. A jak kobiety? Czy rzeczywiście teraz mają takie sielankowe życie z tymi zmienionymi partnerami? Pracowałam niejednokrotnie z Francuzkami z Quebecu. Podziwiałam je za samodzielność, zaradność i upór w dążeniu do celu. Byłam trochę zdziwiona, że uczulone tak bardzo na równouprawnienie, nie pozwalały mężczyznom pomóc sobie nawet w dźwiganiu ciężkich rzeczy – doświadczyłam tego podczas pracy w programie telewizyjnym Debbie Travis Facelift. Jeden z moich polskich znajomych zażartował, że takiej kobiecie nie można nawet powiedzieć komplementu, że ma ładną sukienkę, bo od razu posądzi o nagabywanie seksualne.

Z kolei mój inny znajomy opowiedział mi o zabawnym wydarzeniu. Szedł ulicami Montrealu i zobaczył jak młoda kobieta obładowana zakupami próbowała wepchnąć po schodach na górę wózek z dzieckiem. Wszyscy ją omijali. Znajomy rzucił się jej z pomocą, a ona, gdy schody już były pokonane, uśmiechnęła się do niego, podziękowała i rzuciła pytanie, w którym wyczuł nutkę nadziei.

– Czy jesteś żonaty?

Tak więc każdy kij ma swoje dwa końce i nie ma rozwiązań idealnych. Coraz częściej Francuzi z Quebecu biorą sobie za żony Włoszki, Greczynki czy Słowianki, które doceniając sprzątających, gotujących i zajmujących się dziećmi mężów, dają im w zamian wyniesione z domu stonowane wychowanie, które nie przeszło gwałtownych zmian “aksamitnej rewolucji”.

Każdy święty ma swoje wykręty

http://www.gazetagazeta.com/2017/03/kazdy-swiety-ma-swoje-wykrety/

 

Screen Shot 2017-03-14 at 3.57.06 PM

Powiedzenie powstało w okresie Baroku i tyczyło się nie wad świętych tylko charakterystycznego dla epoki sposobu przedstawiania ich postaci na obrazach i rzeźbach. Z czasem to przysłowie straciło pierwotne znaczenie i obecnie rozumiemy je jako – “Każdy święty ma swoje wady”.

Na przełomie XX/XXI wieku ogromna liczba ludzi została wyniesiona na ołtarze. Przyczynił się do tego Papież Jan Paweł II, który w czasie swojego pontyfikatu pobił wszystkie rekordy kanonizując -482 i beatyfikując -1343 świeckich i duchownych. Nie sposób oczywiście ogarnąć żywotów wszystkich tych świętych, wśród których tylko kilkoro jest znanych całemu światu jak chociażby beatyfikowana przez Papieża Polaka Matka Teresa.

Przyznaję, że nigdy nie rozczytywałam się w żywotach świętych. Te nieliczne biografie, które poznałam, zawsze budziły we mnie kontrowersje. Nawet w Nowym Testamencie są wzmianki o łotrze na krzyżu, ukaranym za poważne przewinienie, prawdopodobnie zbrodnie, któremu Chrystus zapowiedział “zaprawdę powiadam tobie, dziś będziesz za mną w raju”. Potem był św. Paweł, który zanim się nawrócił, pozbawił życia wielu chrześcijan. Nawet św. Franciszek, jedyny święty, do którego mam szczególny sentyment za jego umiłowanie zwierząt i którego kapliczka z wizerunkiem Biedaczyny z Asyżu stoi w moim ogrodzie, też będąc na wyprawie wojennej zakatrupił niejednego niewinnego, gdyż tak to na wojnie bywa.

Czy to dawni czy współcześni święci mieli swoje wady, niekiedy moim zdaniem dość kontrowersyjne, które na tyle mi przeszkadzają, że raczej nie oddawałabym czci tym osobom. Czy w ogóle święci są nam potrzebni? Teoretyczne powinni świecić nam przykładem swojego życia tak, że wzbudzałoby ono chęć do jego naśladowania. W każdym z nich na pewno można znaleźć wspaniałe cechy czy czyny. Lecz jak je ocenić na tle “wykrętów”, z których wiele jest poważnych? Czy w ogóle potrzebna jest nam cześć dla świętych, czyli ludzi posiadających jak każdy z nas, zalety i wady? Czy w ogóle powinniśmy czcić kogokolwiek?

Uwielbienie dla człowieka często prowadzi do ślepego fanatyzmu. O ileż bardziej dla mnie do zaakceptowania jest przedstawienie wielkiego człowieka takim, jakim naprawdę był, ze wszystkimi jego ułomnościami. Czytając o nim rozważam jego dobre i złe czyny, nie rozpatrując ich w kategoriach świętości czy grzechu. Na przykład, podoba mi się u Matki Teresy jej zaangażowanie w pomoc biednym, ale nie akceptuję jej apoteozy skrajnej nędzy. Podobnie u Jana Pawła II podoba mi się jego ekumenizm, a odrzucam zamknięcie oczu na wiele problemów Kościoła.

Nie wpadając w zachwyt nad zaletami świętych, potrafię czytać o ich wadach bez “świętego” oburzenia. Podobnie, gdy zapoznaję się z wielkimi postaciami tego świata. Podziwiając ich wielkość, nie zamykam oczu na “małość” i dochodzę do wniosku, że każdy z nas jest pomieszaniem złego i dobrego. Chodzi o to, aby to zło w sobie dostrzegać i je zwalczać. Jeśli wyniesieni na ołtarze tak postępowali, to chylę przed nimi czoło, pomimo ich “wykrętów”.

 

Ludzcy państwo http://www.gazetagazeta.com/2016/04/ludzcy-panstwo/

Screen Shot 2017-03-11 at 11.21.49 AM

Razem z dziećmi i mężem przyjechałam do Kanady w 1989 roku i w okresie oczekiwania na pobyt stały nie miałam żadnych świadczeń socjalnych. Jedynym dostępnym zarobkowym zajęciem była praca pomocy domowej. Nie miałam aż tak wielkiej pozycji społecznej w Polsce (po studiach biologii środowiskowej pracowałam w Muzeum w Radomiu, organizując wystawy, prowadząc badania naukowe, etc), lecz praca niani i sprzątaczki nie wpływała dodatnio – delikatnie mówiąc – na moje samopoczucie. Wstawałam o piątej rano, wychodziłam o 6.30, na dworze mróz -30C, dojazd do pracy trwał ponad godzinę i do tego dochodził dwudziestominutowy spacer. Zajmowałam się trójką malutkich dzieci, gotowałam, sprzątałam, prałam. W domu byłam o 6. wieczorem, a tam czekały na mnie dwie spragnione mamusi małe córeczki tudzież sfrustrowany mąż – biolog z doktoratem, który w Polsce oprócz dobrego stanowiska pozostawił “sławę małojecką” – jak lubił określać swoją popularność w środowisku ornitologów.

Nie raz przeklinałam pomysł emigracji, który zresztą był mojego autorstwa.

Dlaczego więc nie powróciliśmy do ojczyzny? Jednym z głównych powodów byli nasi “ludzcy państwo” – tak nazwaliśmy moich pracodawców, którzy wkrótce stali się również chlebodawcami mojego męża, zatrudniając go do drobnych remontów. Quebecy z dziada pradziada, ona psycholog, a on biznesman, bardzo zamożni, lecz nie “nuworysze”, gdyż ich majątek budowały co najmniej trzy pokolenia, traktowali nas, świeżo przybyłych imigrantów mówiących “broken English” tak, jakbyśmy byli im równi. Współczując mi z powodu mojej rozłąki z dziećmi, pozwalali na zabieranie córek do pracy. Pan domu nie raz odwoził mnie do domu, narażając się na tkwienie w korkach w drodze powrotnej, po to, abym dłużej mogła pobyć z rodziną. W ciągu dwóch lat pracy moja pensja została podwyższona czterokrotnie, a na święta byliśmy obsypywani prezentami. Na pożegnanie dostałam piękny złoty naszyjnik. Przez te dwa lata nigdy nie doszło między nami do konfliktu, przeciwnie, wzrastała przyjaźń i zaufanie. Mimo że nie lubiłam mojej pracy, wykonywałam ją z zapałem. Potem zdarzyło mi się jeszcze raz pracować z równym entuzjazmem w programie telewizyjnym Facelift. Kierownikiem artystycznym była wspaniała kobieta, która wymagała dużo od zespołu, ale też i od siebie. Niestety inne układy pracodawca- pracownik nie były już tak sielankowe, toteż nie pracowałam już z takim oddaniem, nawet, gdy moje zarobki były znacznie wyższe.

Nasłuchałam się wielu historii z kanadyjskiego podwórka o warunkach pracy, niektóre z nich zakrawające na horror i wtedy od razu nasuwało mi się spostrzeżenie, że “nawet za komuny tak nie było” lub “zupełnie jak z “Ziemi Obiecanej” Reymonta.

Dlaczego pracodawcy nie rozumieją, że doceniony pracownik jest gwarancją dobrze prosperującej firmy?

Popularność serialu “Dawnton Abbey” wynika między innymi stąd, że pokazuje przyjazne i pełne respektu traktowanie służby przez ich pracodawców, a przecież w każdym z nas są zakorzenione marzenia o miłych szefach. W wyżej wymienionym serialu jest pokazane, że nawet w tak klasowym społeczeństwie, jakim była Anglia lat dwudziestych, można było zachować dobre stosunki pomiędzy “upstairs” i “downstairs”. Można było być “ludzkim państwem” lubianym nawet przez zagorzałego socjalistę Toma.

Wierzę, że szlachetne postawy ludzi, z którymi się spotykamy, kształtują w dużym stopniu nasze nastawienie do życia. W moim przypadku para pierwszych kanadyjskich chlebodawców pozostała na zawsze przykładem, przytaczanym przeze mnie wielokrotnie, gdy jest mowa o bogaczach i krwiopijcach. Moi “ludzcy państwo” swoją dobrocią, delikatnością i zrozumieniem nie tylko osłodzili mi pierwsze ciężkie lata emigracji, ale spowodowali, że pozostałam w Kanadzie.

W ciągu całego mojego emigracyjnego życia zdarzyło się kilkakrotnie, że to ja byłam pracodawcą. Bardzo starałam się dobrze wywiązać z mojej roli “ludzkiej pani”.

Książe Heski

Z cyklu: Ludzie i ludziska

ksiaze szwedzki.pnghttps://www.gazetagazeta.com/2016/07/ksiaze-heski/

Moje pokolenie – tak jak i kilka poprzednich, a może też i niektórzy z młodszych – wychowało się na “Trylogii” Sienkiewicza. Zaczytywałam się w niej jeszcze jako dziecko, potem nastolatka i osoba dorosła, a w Kanadzie czytałam ją na głos moim córkom. Sentencje Pana Zagłoby i innych bohaterów na stałe weszły do naszego rodzinnego języka. W “Trylogii” występuje cała masa postaci, więc nietrudno jest nie zapamiętać jednej czy nawet kilku epizodycznych. Gdy zadawałam pytanie miłośnikom Sienkiewicza – Kto to był książę Heski? – niewiele osób umiało na nie odpowiedzieć. Dla przypomnienia: książę Heski to jeden z dowódców armii szwedzkiej oblegającej Jasną Górę. Jego postać stała się w naszej rodzinie jedną z ulubionych. Jakie jej cechy tak bardzo przypadły nam do gustu?

Heski był zawsze opanowany, odważnie wypowiadał swoje opinie, w których potrafił zawrzeć świetnie zakamuflowany sarkazm i ironię, w przeciwieństwie do generała Millera, łatwo wpadającego w gniew i uniesienie. Otóż Miller w duchu podziwiał sposób zachowania księcia, lecz nie potrafił sobie go przyswoić.

W szkole średniej przez dwa lata uczył naszą klasę języka polskiego wspaniały nauczyciel, który starał się nam wpoić w dyskusjach sposób zachowania księcia Heskiego. Nie unosić się, zachować zimną krew, nigdy nie używać grubiańskich słów, gdyż wykażą tylko naszą słabość i brak rozsądnej argumentacji, a nic tak nie rozdrażni, a jednocześnie wprawi w podziw przeciwnika, jak nasza umiejętność inteligentnego ironizowania i sarkazmu. Ćwiczyliśmy się w dyskusjach na lekcjach i po nich, i za każde przekleństwo czy wulgarne określenie była ustanowiona kara – czasami pieniężna. Po roku potrafiliśmy w czasie debat trzymać nerwy na wodzy, z uprzejmym uśmiechem wysłuchiwać racji rywala i nie przerywając mu co chwila, ale umiejętnie wchodząc w rozmowę, odparować jego ataki. Nie tylko gry “walki z przeciwnikiem” uczył nas ten wspaniały polonista. Wpajał nam, że podczas dyskusji warto być otwartym na inne niż nasze poglądy, że nie powinniśmy na siłę obstawać przy swoim zdaniu, gdy ewidentnie druga strona wykazuje większą kompetencję i przytacza rozsądne argumenty. Komplement rzucony w stronę przeciwnika jest zawsze mile przez niego widziany, a słowa ” o tu się z panem czy panią zgadzam, albo “w tym wypadku chylę czoła przed pańskimi wywodami”, sprowadzają dyskusję na bardziej przyjacielskie tory i może ona skończyć się konstruktywnie, gdzie obie strony dochodzą do pewnego porozumienia. Przypomina mi się wtedy rozmowa – tu znowu zacytuję “Trylogię” – Pana Zagłoby z Sobiepanem Zamoyskim. Toczyła się dyskusja na temat traktowania przez Czarnieckiego szlachciców z pospolitego ruszenia, których za niewykonanie rozkazu kazał włóczyć końmi po majdanie. Oburzał się na to Zagłoba, a Jan Zamoyski ten zwyczaj dowódcy skwitował – “szla-chcic szlachcicem, a wojna wojną”. – ” Misternie to wasza dostojność wywiodła” – tak odpowiedział Zagłoba, a Sobiepan nie zauważając oczywiście ironii w jego sentencji, wpadł w przedni humor, poczytując wypowiedź za komplement.

 

A jak tego typu wzorce sienkiewiczowskie zaadaptowali współcześni Polacy? Przyznaję, że rzadko czytam komentarze do artykułów w polskiej prasie. Zniechęcił mnie do ich lektury tak często używany wulgarny język oraz prostactwo w formułowaniu myśli, z których zionie niemalże w każdym słowie nienawiść. Piszący te komentarze prawdopodobnie nie zdają sobie sprawy, że w ten sposób nikogo inteligentnego nie przekonają do swoich racji, a jedynie znajdą poklask wśród motłochu. Gdyby takie paszkwile wypisywała jakaś “recydywa”, nie dziwiłoby mnie to. Ale za tego typu język chwyta się nasza elita, ludzie wykształceni, na stanowiskach! Nie są wolne od niego żadne polityczne ugrupowania.

Z jaką przyjemnością zdarza się wysłuchać, czy przeczytać wypowiedź, która ma wszelkie zalety znamionujące człowieka wielkiej kultury! Wydaje mi się, że takich było kiedyś o wiele więcej. Nawet w mediach za komuny, szczególnie już pod sam jej koniec, panowała większa kultura słowa, ludzie potrafili słuchać nie przerywając obraźliwymi okrzykami czy gwizdami. Oczywiście nie rzucam tutaj hasła “komuno wróć”. Należałoby jednak moim zdaniem już od najmłodszych lat uczyć umiejętności debaty. Powinno się wprowadzić taki przedmiot w szkołach. I nie tylko z myślą o przyszłych politykach, ale też o zwykłych obywatelach, których obowiązkiem jest, gdy występują publicznie (i nie tylko), zachować się jak na cywilizowanego człowieka przystało.

W latach 1980-89 cały świat patrzył na Polskę z podziwem. I ja byłam tego okresu czynnym uczestnikiem i świadkiem. Byłam dumna z polskich robotników, rolników, inteligencji i Kościoła. Byliśmy wtedy – w porównaniu z dzisiejszymi czasami – jednością. Prości ludzie wprawiali nas w podziw. W jaki sposób potrafili przemawiać, dyskutować, formułować swoje myśli! Dlaczego teraz to zanikło? Trudno mi skwitować to zjawisko powiedzeniem “takie są teraz czasy”. Czyżby dobre wzorce zostały na zawsze odstawione na bok? A może zapominając o tych sienkiewiczowskich wróciliśmy do mickiewiczowskich i naszym hasłem stało się “Soplicowie nie zwykli się godzić”?

Ludzie i ludziska – Pytanie Marcinka

marcinek small

http://www.gazetagazeta.com/2016/03/ludzie-i-ludziska-pytanie-marcinka/

Tytuł serii felietonów, pod którym będę snuła swoje przemyślenia, mówi sam za siebie, chociaż ci młodsi, a szczególnie urodzeni już w Kanadzie może nie znają tego powiedzenia – “są ludzie i ludziska”, czyli – są dobrzy i źli na tym świecie, chociaż jestem przekonana, że takich do końca złych jest mało, a dobrych? Naprawdę dobrych, o których się mówi, że to “święty człowiek” pewnie też nie więcej. Każdy z nas jest niezłą mieszanką dobra i zła, które to określenia i tak trudno jednoznacznie zdefiniować. Będzie więc w tym felietonie dużo znaków zapytania, które zadam i sobie, i Czytelnikom.

Na inauguracyjny temat felietonu wybrałam kryjący się pod dosyć niejasnym tytułem – “Pytanie Marcinka”.

Spotkania są jakże ważnym elementem naszego życia. W gronie rodzinnym, z przyjaciółmi, znajomymi, podczas wyjazdów, z przygodnie napotkanymi… Są ludzie, którzy potrafią szybko nawiązać kontakt i już od pierwszych minut mowa ich toczy się gładko, niekiedy interesująca i zabawna. Niestety, na ogół takowa nie jest. Gaduła mówi z przejęciem o sobie, swoich problemach, swojej rodzinie, żonie, dzieciach, wnukach, chorobach… Towarzystwo obok niego albo odchodzi albo z przyklejonym uśmiechem na twarzy – oznaką dobrego wychowania – udaje zainteresowanie. Z ust gawędziarza nigdy nie pada pytanie “a co u ciebie?, jak minęła twoja ostatnia podróż?, jak rodzina, praca?” Po prostu upaja się swoim gadulstwem, przekonany, że i otoczenie jest w podobnym uniesieniu. Niestety, takich, którzy wolą sami perorować, może nie aż do takiego stopnia, jest większość . Na palcach mogę policzyć tych, którzy umieją słuchać. A już podczas większego zgromadzenia, gdy goście są usadzeni przy stole, bardzo rzadko ogół biesiadników utrzymuje tzw. kulturę konwersacji. Wystarczy ich czterech i już rozmowa rozbija się na dwie pary.

Biesiada w “Panu Tadeuszu” – i w wersji literackiej, i filmowej, zgromadziła co najmniej kilkadziesiąt osób. W czasie przemowy Asesora, Rejenta, Telimeny, Podkomorzego reszta biesiadników słucha, nikt nie przerywa.

Jako piętnastolatka poznałam pewną rodzinę, taką, co to “ostatni poloneza wodzą”. Składała się z rodziców – architektów i pięciu małych chłopaczków, z których najstarszy miał sześć lat, a najmłodszy roczek. Spędzałam wakacje na Mazurach i w sąsiedztwie wynajęła dom ta właśnie rodzina. Zapraszali mnie do siebie, dorośli wkrótce kazali sobie mówić po imieniu, co było dość awangardowe na owe czasy, i często z nimi jadałam posiłki. Czułam się przy ich stole jak za czasów mickiewiczowskich. Wprawdzie wtedy dzieci, kiedy już stołowały się z dorosłymi, to miały przykazane milczenie wg. zasady “ryby i dzieci głosu nie mają”, a w tym domu zaniechano tego staropolskiego obyczaju i wspólne posiłki były okazją do wymiany myśli. Przy tylu maluchach zdawałoby się, że było rzeczą niemożliwą zachować respekt dla wypowiedzi poszczególnego członka rodziny. A jednak było to przestrzegane! Ze zdumieniem obserwowałam tych malców, którzy – wprawdzie niecierpliwie – przysłuchiwali się przemowie braciszka, nie mogąc jej przerwać, gdyż jedynie rodzice byli upoważnieni do jej zakończenie słowami – a teraz kolej na… i tu padało imię następnego chłopca. Czasami, gdy wywód był ciut przydługi, a rodzice nie reagowali, rozlegało się niecierpliwe – przepraszam, czy mogę przerwać?

Pewnego razu, podczas spaceru, jeden z chłopczyków – czteroletni Tymek, zaczął mi coś opowiadać z wielkim przejęciem. Mówił dosyć długo, spiesząc się bardzo, gdyż chciał wyrzucić z siebie nagromadzone tego dnia niezmiernie ciekawe przeżycia. Jego starszy brat, Marcinek, stał tuż obok i też pragnął podzielić się ze mną równie fascynującymi przygodami, lecz nauczony przez rodziców, wiedział, że nie należy wpadać w słowo rozmówcy. Pociągnął więc brata za spodenki, raz i drugi i gdy ten odwrócił się do niego i przerwał potok słów, Marcinek z bardzo poważną miną zadał pytanie “Czy ty uważasz, że to Beatkę interesuje?”

Nie będę rozwijać co działo się dalej, natomiast pytanie Marcinka zapadło mi głęboko w pamięć. Gdyby każdy z nas się do niego stosował? Opowiadamy z przejęciem o swoich problemach, a nie zadajemy sobie pytania, na ile są one ciekawe dla innych? Z kolei nie potrafimy zainteresować się tym, co ktoś inny chce nam przekazać, starając się za wszelką cenę perorować o sobie. Podczas moich wizyt w Polsce bardzo rzadko wypytują mnie znajomi o moje życie w Kanadzie, a nawet o samą Kanadę, kraj, w którym żyję od 27 lat. Opowiadają o swoim życiu, narzekają, jak im się ciężko wiedzie, pokazują ze szczegółami nowe, wyremontowane mieszkania, wdają się z miejsca w dywagacje polityczne, zasypują nazwiskami, wydarzeniami… Słucham ich jak dobrze wychowana osoba, z uwagą, bez przerywania. Niestety, nie ma obok nich Marcinka, który ciągnie ich za spódnicę czy spodnie. Nie ma też Marcinka przy debatach polityków, którzy jeden przez drugiego wciskają się w konwersację, każdy przekonany, że tylko jego chcą wysłuchać, a oponent z innej partii wygłasza brednie.

Jakby to było pięknie, gdybyśmy wszyscy takowego Marcinka posiadali. Wtedy opowiadając innym mielibyśmy ciągle na uwadze pytanie “czy nie przynudzam?” A drugie pytanie, może niekiedy wymuszone, ale świadczące o dobrym wychowaniu “co słychać u ciebie?” stałoby się rozwinięciem konwersacji, a nie kontynuacją monologu, wprowadzającego w upojenie jedynie samego gadułę.