Wigilia – fragment mojej nie opublikowanej powieści – Lista Olafa

kartka polska copyNa tydzień przed świętami Olaf rzucił się w wir gotowania. Zabronił żonie wstępu do kuchni, zostawiając jej ubranie choinki, jako wkładu do świątecznych przygotowań. Oboje na każdym kroku odczuwali brak Mirki. Aldona podśpiewywała kolędy, ale, gdy zaczynała tak ukochaną przez babcię „oj malućki, malućki”, jej głos się załamywał. Przysiadywała wtedy na fotelu Mirki, przeniesionym z werandy do dużego pokoju, przymykała oczy i usiłowała sobie przypomnieć wszystkie sytuację związane z obecnością zmarłej. Widziała ją jak przechodziła przez pokój swoim lekkim, prawie niesłyszalnym krokiem, przystanęła przy ustawionej, ale jeszcze nie ubranej choince, i dotykając jej gałązek wciągnęła głęboko w płuca zapach drzewka. Z kuchni dobiegał ją odgłos przestawianych garnków i Aldona wyobraziła sobie babcię opasaną fartuchem, wyciągającą ciasta z piekarnika. Widziała ją też pochylającą się nad niedawno zakupionym białym łóżeczkiem.
– Oj malućki, malućki – usłyszała słowa kolędy. Przez moment wydawało jej się, że to Mirka tak śpiewa, lecz wkrótce rozpoznała głos Olafa.
Na Wigilię zaprosili Jankę, Szymka i Halinę, ale ci ostatni odmówili, tłumacząc się przygotowaniami do ślubu. Zaplanowany był na połowę stycznia i Olaf został poproszony na świadka.

*

Jeszcze za dnia Janka zajechała swoim Maluchem i wyładowała z niego masę toreb i koszyków, pełnych świątecznych potraw i prezentów.
– Kobieto, jak my to wszystko przejemy? – śmiał się Olaf, pomagając jej w noszeniu pakunków.
– Aldona powinna jeść za dwoje, a po Wigilii zaprosicie gości i sprzątną wszystko, co do okruszka.
Radosna obecność Janki z miejsca zmieniła nastrój. Aldona przestała rozmyślać o Mirce, zabrała się za ubieranie choinki, a przyjaciółka wraz z Olafem zniknęła w kuchni. Błękitne lampki rozświetliły mały, gęsty świerk, ubrany w różnorodne bombki i zabawki wykonane własnoręcznie na przestrzeni trzech pokoleń, a kilka z nich, jak dzwoneczek i gwiazdki zrobione na szydełku pochodziły jeszcze z okresu okupacji. Pod drzewkiem zostały ułożone paczki z prezentami, a duży stół, nakryty białym obrusem haftowanym przez Mirkę, czekał na potrawy. Donosił je Olaf z Janką, a Aldona przesuwała jeszcze talerze, przecierała kieliszki i sztućce, a na koniec ułożyła opłatki na sianie przyniesionym ze stajni. Stanęli przy stole gotowi do wieczerzy.
– Jedno na pamiątkę Mirki, a drugie dla niespodziewanego gościa? – Olaf spojrzał znacząco na dwa dodatkowe nakrycia. To, co, zaczynamy? Janka, wyjrzyj, czy jest już pierwsza gwiazdka!
Było ich już całe mnóstwo i wpatrywali się przez jakiś czas w rozgwieżdżone, zimowe niebo, łącząc się myślami ze wszystkimi najbliższymi istotami, które odeszły z tego świata lub są daleko. Zasiedli do stołu w uroczystym nastroju, łamiąc się uprzednio opłatkiem i życząc sobie po prostu szczęścia. Każde z nich pojmowało go inaczej: Aldona głównie myślała o dziecku, Olaf o znalezieniu nowej drogi w obecnym życiu, tak odmiennym od poprzedniego, a Janka pragnęła spokoju do tworzenia, no i gdyby się nadarzył jakiś miły mężczyzna, który by zechciał … – nawet w myślach nie potrafiła dokończyć tego marzenia.
Potrawy, co roku przygotowywane według starych, rodzinnych przepisów, zaadoptowanych z różnych regionów Polski, udały się fantastycznie. Początkowo jedli w milczeniu, lecz wkrótce zaczęły się rozmowy, w których dominowały radosne tematy. Taki był zwyczaj w tym domu, że przy świątecznym stole nie można było mówić o polityce, nieszczęściach i chorobach. Opowiadano sobie wydarzenia sprzed lat, śmieszne anegdotki rodzinne, nieszkodliwe ploteczki o krewnych i przyjaciołach, które, mimo, że powtarzane wielokrotnie, nigdy się nie nużyły, Olaf dodał kilka zabawnych historii z ostatnich epizodów Dagashow i cała trójka zaśmiewała się do łez, aż dziecko w brzuchu Aldony zaczęło intensywnie się poruszać, jakby dając do zrozumienia, że i ono chce się przyłączyć do wesołej kompani.
Po posiłku nastała pora na prezenty. Olaf nałożył czerwoną czapkę z pomponem i kolejno wręczał paczki i paczuszki, pięknie zapakowane w błyszczące, kolorowe papiery. Te od Janki wyróżniały się wyjątkową ozdobnością, a jeszcze do każdej była dołączona ręcznie wykonana kartka z przyklejoną wycinanką w kształcie choinki. Olaf otrzymał od niej całą kolekcję wyrzeźbionych sów, jego ulubionych ptaków.
– To puchacz, sowa płomykówka, sowa uszata, puszczyk, sóweczka, pójdźka – artystka wyliczała nazwy jak uczony ornitolog. Wszystkie polskie gatunki. Mogłam jeszcze dodać kilka z północy, ale one nie gnieżdżą się u nas.
Olaf oglądał z podziwem pięknie wykonane rzeźby, dopytując się, która przedstawia puszczyka.
– Będzie się nazywał Leander, tak jak oswojona sowa Edwarda z „Błękitnego zamku.”
Aldona dostała kolekcję najbardziej kolorowych ptaków Polski. Wszystkie były mikroskopijnych rozmiarów i oboje z Olafem nie mogli się nadziwić precyzji ich wykonania. Natomiast omstatni prezent był dosyć pokaźnych gabarytów.
– Czyżby był to milion miniaturek? – żartowała Aldona zrywając papier z pudełka.
– Coś niesamowitego! – wykrzyknęła radośnie na widok niemalże naturalnej wielkości rzeźby bociana trzymającego w dziobie zawiniątko z wystającą z niego główką dziecka. Rzuciła się ściskać przyjaciółkę i jej dziękować, a Olaf się do niej dołączył. Po nacieszeniu się prezentami od Janki, z kolei oni zaczęli wręczać jej swoje upominki: Aldona piękny album o architekturze Podlasia, a Olaf stare lustro w ozdobnej, złoconej ramie.
– To będzie pierwszy ładny element w moim domu, oprócz oczywiście moich rzeźb. – Tylko odbicie trzeba w nim zmienić – Janka oparła duże lustro o krzesło i przyjrzała się sobie krytycznie. – A o tej książce marzyłam od kilku miesięcy, ale zawsze był jakiś ważniejszy wydatek. Dziękuje wam kochani z całego serca.
– A teraz pora na mój prezent dla Doni. Nie ma go pod choinką, by był za duży do zapakowania, także proszę żonko zamknij oczęta i otwórz je dopiero wtedy, kiedy go przytargam. Olaf wyszedł z salonu i po chwili ukazał się dźwigając prześliczną kołyskę.
– Już można? – Aldona nie czekając na przyzwolenie odsłoniła oczy i z radosnym zdumieniem wpatrywała się w prezent od męża.
– Pomyślałem, że łóżeczko spełni swoją rolę, ale nie ma to jak staromodna kołyska i kiedy ją zobaczyłem na targach antyków, nie mogłem się oprzeć by ją kupić. To prawdziwa góralska, jeszcze sprzed wojny. Tak lubisz tę kolędę – „oj malućki, malućki”, to będziesz mogła śpiewać naszej malućkiej, bujając ją w tej „górolskiej kolybce”. A potem nasza malutka będzie huśtać w niej lalki.
Aldona podbiegła do męża z radosnym piskiem, na tyle szybko, na ile pozwalała jej zaokrąglona figura. Wyściskała go serdecznie, z podziwem zerkając na prezent. Bogato pokryte płaskorzeźbami ściany kołyski świadczyły o talencie ludowego wykonawcy, a poczerniałe pod wpływem lat drzewo dodawało jej ”duszy”.
– Babcia zawsze wolała stare przedmioty od nowych. Mówiła, że w każdym z nich jest zaklęta historia, którą i my również wzbogacamy. Jeśli się postaramy, aby otoczyć je miłą atmosferą, to one odwzajemnią się nam dobrą energią. – Aldona pogłaskała pieszczotliwie wyrzeźbiony motyw roślinny i nagle złapała się za głowę.
– Kompletnie zapomniałam o prezencie dla ciebie! A właściwie o kilku. – zanurkowała pod choinkę i podnosząc się z trudem wydobyła trzy małe paczuszki. Kształt pierwszej wskazywał na książkę i rzeczywiście, po rozwinięciu papieru ukazała się okładka z tytułem „Blue castle”.
– Masz swoją ukochaną w polskiej wersji, więc nie śmiałam ci jej zastępować. Ale nigdy nie czytałeś w oryginale, a znasz dobrze angielski. Ponadto bardzo podobały mi się ilustracje, o wiele lepsze, niż w polskich książkach.
– Dziękuję ci kochana. To najlepszy prezent dla mnie. – Olaf z rozrzewnieniem przyglądał się pięknie wydanej powieści.
– A tu coś ode mnie i od pani Odelskiej.
– Od Odelskiej? – wziął do ręki płaskie pudełko i spojrzał ze zdziwieniem na żonę.
– Pomysł był mój, a jej wykonawstwo.
Z okładki DVD spojrzała na niego pani Maryla z jej młodych lat, kiedy była u szczytu sławy.
– „Błękitny zamek” – czyta Maryla Rucińska Odelska.
– Pani Maryla z zapałem przystała na mój pomysł. – „Dla Olafa zrobię wszystko” – tak powiedziała. Gdyby to nie była staruszka, to byłabym zazdrosna. Nagrała w prawdziwym studiu podczas kilku sesji. Efekt jest …, sam osądzisz, może dziś wieczorem posłuchasz?
Olaf z rozrzewnieniem obracał krążek w dłoniach. Przypomniała mu się poranna rozmowa z byłą aktorką. Wstrząsnęła nim wtedy do tego stopnia, że podjął decyzję opuszczenia programu i przeprowadzki do Wilenii.
– A to od ojca. – podała mu maleńkie pudełko opakowane w złoty papier.
– Zaprosiłam go na Wigilię, ale nie chciał przyjechać. Pod koniec sierpnia wpadł do Wileni i wręczył mi to pudełko. Prosił, abym ci go dała dopiero w Wigilię. I ten list również. – Aldona podała mężowi kopertę.

Kochany synu,
Aldonka mnie zapraszała, ale odmówiłem. Nie byłem pewien, czy to tylko taka jej inicjatywa, czy i ty chciałbyś mieć starego ojca na święta. Od czasu śmierci matki nie mamy zbyt dobrego kontaktu. Może w tym Nowym Roku to się zmieni. Mam nadzieję, że prezent ode mnie będzie ci przypominał, jeśli nie moją osobę, to przynajmniej nasze pochodzenie, z którego zawsze byłem i jestem dumny.
Wesołych Świat dla Ciebie i Aldonki, a w Nowym Roku dużo radości z córeczki, a mojej wnuczki.
Kochający ojciec

Olaf ze wzruszeniem rozwijał błyszczący papier domyślając się, co jest w środku pudełka. Nie omylił się. Złoty sygnet z niebieskim kamieniem i wygrawerowanym na nim herbem Sulima, zabłysł w jego rękach. Włożył go sobie na palec i przyjrzał mu się z radością.
– Zawsze go chciałem mieć, ale ojciec nie mógł się z nim rozstać. Co go nakłoniło, że zrobił to teraz? Nic mi nie mówiłaś o jego wizycie. – zwrócił się do żony z lekkim wyrzutem.
– Prosił o zachowanie tego w tajemnicy. Cieszę się, że go wreszcie masz. – wskazała ręką na sygnet. Czujesz się teraz jak prawdziwy Popiel. Tylko, żeby myszy cię nie zjadły.
Janka z zaciekawieniem ujęła rękę Olafa. Po raz pierwszy w życiu mogła z bliska zobaczyć prawdziwy sygnet, znany jej z powieści o dawnych czasach.
– To jesteś księciem, albo hrabią?
– Moja rodzina nie miała tytułu, za to wchodziła w związki z arystokracją. Mężczyźni żenili się z Radziwiłłównymi, Potockimi, Zamoyskimi. Moja mama była hrabianką, z domu Badeni.
– Mogę przymierzyć? – Janka wyciągnęła rękę w proszącym geście.
Olaf zdjął sygnet z palca i go jej podał. Janka włożyła pierścień i zaczęła się mu dokładnie przyglądać. Poczuła nagle żal, że nie zna swojej historii rodzinnej. Olaf nieraz jej opowiadał o swoich przodkach i było to zawsze niezmiernie ciekawe, natomiast ona mogła zaledwie coś niecoś powiedzieć o swoich dziadkach.
Reszta wieczoru minęła na kosztowaniu ciast, śpiewaniu kolęd, w tym wielu kurpiowskich, w wykonaniu Janki. Rozeszli się do łóżek dobrze po północy, zostawiając na stole jedynie dwa dodatkowe nakrycia.
– Z przygodnym wędrowcem jeszcze nic nie wiadomo, a duch babci był na pewno z nami i może chce jeszcze posiedzieć przy choince. – W głosie Aldony nie było smutku, a raczej pogodna melancholia.

Advertisements

Różowe okulary

ImageImage

Siedzę sobie w swojej leśnej głuszy, na dworze -28C, ogień buzuje w piecyku i podkręcił temperaturę do 25C, plus oczywiście. Powinnam rozkoszować się i ciszą dookoła, i bajkowym, mroźnym światem i widokiem płomieni leniwie liżących szczapy drewna. A ja tymczasem myślę o Polsce. Może to spowodowały ostatnie dyskusje na Facebooku, może post Macieja, który porusza problem masowej emigracji Polaków.

Należę do tych kilku milionów, które zwiało z Ojczyzny z różnych powodów. Wydawało mi się wtedy, w roku 1989, tuż przed upadkiem komuny, że jestem idealnym materiałem na emigranta. Nie lubiłam komunistycznej ojczyzny, byłam „patriotką pięknych miejsc”, ciekawą świata, rządną przygód, pragnącą zapewnić lepszą przyszłość swoim dzieciom.  No i piękne miejsce jest, dzieci świetnie sobie radzą, przygód miałam wystarczającą ilość, a Polska cały czas tkwi we mnie. Piszę po polsku, myślę po polsku, czytam i mówię wprawdzie też po angielsku, a czasami po francusku, ale nie przejmuję się tak wiadomościami z Kanady czy ze świata, jak tymi z Polski. Jadę do ojczyzny raz do roku, albo co dwa lata i za każdym razem mogę powiedzieć, cytując moją córę, że „było super”. Kolorowo, spokojnie, pyszne jedzenie, przemiła młodzież, cudne knajpki, zabytki, ciepło, a nawet polskie narzekania mnie rozczulają.

Dziewczynka może 10siecioletnia, z warkoczykami, ubrana skromnie, stoi na straganie i sprzedaje jagody.

– Jagódek pani? Zbierałam o świcie, świeżutkie.

No i jak jej odmówić? Nasypała cały słoik, odkręciła drugi i z miną „sielnej gospodyni” dodała.

 –  Nasypię troszkę do wagi.

Potoczyło się ich kilka, mała odstawiła słoik, z poważną miną wydała resztę, a ja mam łzy w oczach.

Umówiłam się z wycinakarką z Łowicza – uwielbiam wycinanki. Wita mnie na dworcu ubrana w ludowy strój, razem z mężem oprowadzają mnie po Łowiczu, częstują obiadem, zajmują się mną przez cały dzień, a potem żegnając,  dodają z żalem – Jeszcze nie pokazaliśmy tobie wszystkiego.

No i znowu „oczy mi się pocą”.

Wprawdzie dwa razy mnie okradli i wtedy łzy były, ale wściekłości, lecz mimo wszystko zawsze jest więcej tych, spowodowanych rozczuleniem. Mówię o tym Polakom w Polsce, ile rzeczy mi się podoba, opowiadam, że gdzie indziej politycy są tacy sami albo gorsi, też trzeba czekać w kolejkach do lekarza, jest biurokracja  … etc.  No i spotykam się z zarzutem, że mam na nosie różowe okulary.

A tymczasem pamiętam dobrze szare, brudne domy, krzywe chodniki, pustki w sklepach. Chodzę po zaczarowanych uliczkach Warszawy, Krakowa, Kazimierza, odwiedzam galerie, z upodobaniem przyglądam się pięknie ubranym rodakom, ślicznej, długonogiej młodzieży, uśmiecham się do nich i oni mi odpowiadają uśmiechem. Rozmawiam z przekupkami, z pasażerami w pociągu, ze sprzedawczyniami w sklepach. W teatrze na widowni pełno ludzi, eleganckich, kulturalnych.

 Boże, co to za kraj! Jestem ciekawa, ilu Polaków mieszkających w Polsce myśli podobnie. Czy trzeba stracić, aby docenić? Może stanie się tak, że kiedyś emigranci powrócą i tym „różowym” spojrzeniem na Polskę zarażą nim tych, którzy nigdy nie wyjechali.

                 Na pewno moja pisanina nie jest obiektywna. Wiem, że jest w Polsce dużo ludzi, którzy klepią biedę, są bez pracy, albo są chorzy i nie mają pieniędzy na leczenie. Tych ludzi przepraszam za moje entuzjastyczne nostalgie ojczyźniane. 

Dawajtie gawarit…

Dawajtie gawarit drug drugu komplimenty…

 Tak śpiewał mój ulubiony bard, Bułat Okudżawa. Do tego stopnia ulubiony, że jego Modlitwę umieściłam w swojej debiutanckiej powieści – Żółta sukienka. Ale wracając do mówienie sobie komplementów. Niedawno w księgarni polskiej w Montrealu miałam spotkanie, które z założenia nie miało być spotkaniem, tylko podpisywaniem książek. A jednak zebrała się grupa ludzi i wywiązała się  dyskusja na temat arystokracji. We wspomnieniach bohaterów „W jednej walizce” – mojej książki – albumie o polskiej arystokracji na emigracji w Kanadzie, przejawia się motyw surowego wychowania dzieci. Przybyli do księgarni różnili się wiekiem – od lat 40-stu do 60-ciu, lecz wszyscy mieli podobne do arystokracji wspomnienia z dzieciństwa – nie rozpieszczano nas komplementami, karcono, wymagano. Chwalenie się swoimi osiągnięciami uznawano za próżność, przeglądanie się w lustrze – za narcyzm – „zaraz diabła zobaczysz” – tak mnie straszyła mama, pewność siebie – za samochwalstwo. Nie słyszało się słów – „śliczna, mądra, fantastycznie się uczy, jesteśmy dumni”. Owszem, szeptano to sobie między dorosłymi, tak, aby dzieci nie słyszały. Natomiast niezadowolenie z pociech wypowiadano głośno. Jaki to przyniosło efekt? Mój eks mąż zapytany w Kanandzie „czy zna angielski” odpowiadał – „nie znam francuskiego”. Pokazując portfolio fotograficzne moim przyszłym klientom, nie mogłam się nadziwić, dlaczego tak długo je oglądają, kiedy tam nic specjalnego nie ma.  Na komplementy, zamiast odpowiadać, „dziękuję, miło mi” zaprzeczałam, że to nieprawda. Mogłabym mnożyć w nieskończoność przykłady mojego ”skromnego zachowania”, które do niczego pozytywnego nie doprowadziło.

Moja przyjaciółka (nazwijmy ją Elka) utworzyła taką maksymę – „Chcesz dostać depresji, zadzwoń do własnej matki”.  Jej matka, tak jak wiele innych Polek była i jest wyjątkowo krytyczna. Przy każdym z nią spotkaniu przyjaciółka słyszy całą gamę niemiłych określeń – „a że gruba, nic w życiu nie zdziałała, a córka sąsiadów właśnie zrobiła doktorat, a ona zawsze była do niczego.”  Elka słucha na ogół tych „przemiłych” uwag w milczeniu, ale raz nie wytrzymała.

– Mamo, za każdym razem, kiedy cię widzę, słyszę tylko krytykę. Inni, nawet obcy ludzie, potrafią powiedzieć coś pozytywnego na mój temat.

– Dziecko, a któż ci powie słowa prawdy, jak nie własna matka? – taka była odpowiedź kochającej rodzicielki.

Przypomina mi się opowiadanie jednej z arystokratek, która czuwała przy umierającej matce. Dogorywająca kobieta, tuż przed śmiercią spojrzała w miarę przytomnie na córkę i wyszeptała ostatnie swoje słowa – „jesteś za gruba, powinnaś schudnąć”.

A jakimi rodzicami jesteśmy my, nie arystokraci, nie wojenne pokolenie. Czy mówimy swoim dzieciom komplementy? Czy potrafimy przekazać krytykę, jeśli zachodzi taka potrzeba, w miły, pełen miłości sposób? Nie z krzykami, wyzwiskami, czy z pozoru dobrze ukrytym jadem, tylko zaczynając od słów – dziecko, jesteś dobre i kochane, dumni jesteśmy z tego i owego, ale jest kilka rzeczy, lub jedna, którą powinieneś zmienić.

Pamiętam tylko jedną taką rozmowę ze swoją matką. Do tego stopnia wryła mi się w moją pamięć, że potrafię ją, po tylu latach przytoczyć w całości. Te miłe słowa na początku wywarły na mnie tak wielkie wrażenie, że następująca po nich krytyka nie była wcale bolesna. Starałam się o tej rozmowie pamiętać, gdy sączyłam „smrodek dydaktycny” – jak to określał Wańkowicz, swoim córkom.

-Dawajtie gawarit drug drugu komplimenty. – zaśpiewałam to mojej koleżance.

– Wiesz, ty masz rację. Ja mojemu w ogóle ich nie mówię. Może powinnam?  – O nie, z łóżka mnie nie wypuści. – dodała z przestrachem.

Polak, Niemiec, Żyd

 

Było to tuż po naszym (ja, mąż, dwie córki) przyjeździe do Kanady. Nie mieliśmy jeszcze znajomych wśród Polonii, lecz zapoznaliśmy trochę Kanadyjczyków, należących na ogół do pierwszego pokolenia emigrantów, przybyłych z różnych krajów europejskich. Pewnego wieczoru zaprosiliśmy na kolację małżeństwo – ona, Niemka, on amerykański Żyd. Początkowo, mając na względzie odwieczną niechęć polsko-żydowsko-niemiecką, poruszaliśmy „bezpieczne” tematy, omijając ogromnym łukiem II Wojnę Światową. Niestety, wkrótce, nie pamiętam, kto to zaczął, ale zdryfowaliśmy na tory, których należało za wszelką cenę unikać.

Gdyby spotkanie miało miejsce w Polsce, najprawdopodobniej doszłoby do burzliwej wymiany poglądów z wzajemnym oskarżaniem się. Tymczasem, podczas owego, kanadyjskiego wieczoru, Niemka wyliczała przewinienia swoich rodaków, Żyd swoich i nam nie pozostawało nic innego, tylko też przyłączyć się do ogólnej krytyki, nadmieniając, że i Polacy nie byli narodem świętych i w dziejach historii mieli na sumieniu to i owo.  Tak sobie zbiorowo ponarzekaliśmy, a potem kurtuazyjnie Niemka z Żydem zaczęli zaprzeczać naszym wywodom, wyszczególniając rozliczne pozytywne polskie cechy, wyrażając się z podziwem o bohaterstwie i męstwie Polaków, wymieniając sprawiedliwych, ratujących Żydów w czasie wojny . Zrobiło się nam niezmiernie miło i my z kolei zaczęliśmy wspominać wybitnych Żydów Polaków, którzy włożyli tak duży wkład w rozwój polskiej kultury i nauki. Oczywiście pochwaliliśmy też zdyscyplinowany naród niemiecki i ich olbrzymi dorobek w niezliczonych dziedzinach. I tak się komplementowaliśmy nawzajem, aż atmosfera z  ciepłej zrobiła się wręcz gorąca. Wino szumiało już nam dobrze w głowach, wznosiliśmy okrzyki „na zdrowie, za przyjaźń, za miłość między narodami”, i już nie pamiętam, jakie jeszcze, ale wszystkie miały bardzo szlachetną wymowę.  Rozstaliśmy się ściskając się i całując z iście słowiańską wylewnością.

Następnego dnia, z lekkim kacem, przy porannej kawie omawiałam ze swoim mężem szczegóły owego spotkania.

– Gdyby to było w Polsce, a nie w Kanadzie, to pewnie Żyd oskarżałby Polaków i Niemców, Polacy – Żydów i Niemców, a Niemiec zacząłby temat polskiego antysemityzmu, aby się trochę wybronić, a potem wywodziłby się szeroko, jak to Izrael traktuje Palestyńczyków.  W tej drugiej wersji wszystkie strony miałyby tyle samo racji, co w pierwszej, tylko nie skończyłoby się to tak sielankowo. Byłyby wrzaski i kłótnie, posypałyby się wyzwiska i kto wie, czy nie doszłoby do rękoczynów.  – doszliśmy do takiej konkluzji.

Pamiętne spotkanie miało miejsce w 1990 roku. Minęło tyle lat. Czy w 2013 roku, w Polsce mogłoby przebiec tak, jak w tym pierwszym, kanadyjskim wariancie?

Spotkania z Kulturą Paryską

Spotkania z Kulturą Paryską 

Był rok 1977, Szwecja, Sztokholm, pobyt na tzw. saksach. Wieczorami nie było co czytać i zaszłyśmy z siostrą do polskiej biblioteki. Uroczy jej właściciel, Pan Sowa, odkrył przed nami zupełnie nieznany świat – Solżenicyna, Kisielewskiego, Orwella i oczywiście tomiki książek oprawionych w szarą okładkę z napisem – Instytut Literacki – Paryż. I tak się zaczęło zarywanie nocy.

Chodziłam jak obłąkana, nadrabiając zaległości kilku lat (miałam wtedy dziewiętnaście) w zatrważająco przyspieszonym tempie.  O niczym innym nie potrafiłam myśleć i gdy pan Sowa zaproponował mi, że mogę zawieźć do Polski kilka książek, łącznie z ukochanym Archipelagiem, uściskałam go z radości.

Te kilka książek to był ….pełen plecak – waga 50kg i dwie duże torby – wagi lżejszej, gdyż oprócz książek miałam w nich trochę ubrań.  Czy zdawałam sobie sprawę, na co się narażam? Chyba tak, ale nie zaprzątałam sobie tym głowy. Koniecznie chciałam podzielić się swoimi „nowymi odkryciami” z przyjaciółmi, a przede wszystkim z moim chłopakiem, które wtedy lekko komunizował. Po wyjściu z promu, zataczając się pod ciężarem, podeszłam do celniczki, a ona kazała mi otworzyć jedną torbę.  Uratował mnie …smród. Lub przykry zapach, jak to woli, niepranej bielizny, przykrywającej moje ukochane Kultury Paryskie. Delikatna urzędniczka skrzywiła się i kazała mi zamknąć torbę.

                – Czy mam otworzyć plecak? – do tej pory nie wiem, dlaczego zadałam to pytanie. Z przekory? A może by zrobić wrażenie zupełnie niewinnej istoty?

– Nie, dziękuję, możesz już iść. –  Przeszłam przez bramkę i nagle nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Kolana się ugięły i runęłam na przysłowiowy pysk. Jakiś jegomość podbiegł do mnie, usiłując mnie podnieść, lecz nie dał rady. Schwycił w końcu za placek i krzyknął na całe gardło – Dziecko, co ty w nim masz?!

Przyjaciele z Młodej Polski rzucili się na mój towar i krążył on po całym Poznaniu.  A potem okres Solidarności obfitował w najróżniejsze „zakazane” dzieła literackie, którymi karmiłam się niemalże codziennie. Wyjechałam z Polski, komuna upadła i już nigdy do Kultur nie zajrzałam. Minęło tyle lat, ponad dwadzieścia, siedzę u znajomych, którzy użyczają mi swojej gościny raz w tygodniu, kiedy przyjeżdżam do Montrealu. I co znalazłam u nich na półkach? Szare grzbiety z charakterystycznymi poprzecznymi kreskami obramującymi tytuły!

Rzuciłam się na nie jak za tamtych, dawnych lat. Niestety, tematy, tak kiedyś fascynujące, przybladły lub po prostu nudzą. Natrafiłam jednak na perełkę. Wacław Zbyszewski – Zagubieni romantycy i inni. – Felietony jeszcze z lat pięćdziesiątych, a najwięcej z siedemdziesiątych. Wszystkie tak współczesne! Oto co pisze o pisaniu:

Polscy pisarze są bez szans

„Doskonali dżokeje nigdy nie wygrają Derby na złych koniach. Byli i zapewne są doskonali polscy pisarze. Ale Polska jest złym koniem, który nie tylko uniemożliwia im zwycięstwo, lecz nawet miejsce w czołówce. To wierutna bzdura, że sława autora zależy od jego talentu. Decyduje przede wszystkim jego – temat. Rasowy literat pisze o rzeczach, które zna naprawdę, które czuje, czyli o własnym kraju. A świat interesuje się potężnymi, przodującymi krajami.” – i potem Zbyszewski wymienia liczne przykłady, bardzo przekonująco podbudowujące jego teorię.

Postanowiłam, że akcja mojej następnej książki będzie w Meksyku – zaczyna dobijać do czołówki najbardziej rozwiniętych państw. A może wystarczy „sława miejscowa”? I tej jeszcze nie mam, chociaż jako fotograf, podczas mojej wystawy, ktoś zaanonsował mnie – „locally well known photographer”. Lepiej „locally” niż wcale. Chociaż kto wie, może kiedyś??? Albo wkrótce??? Marzyć zawsze można.

Dodaję, że właściwie nawet nie mam co marzyć, bo jestem przepadkiem beznadziejnym, który już żadnego kraju dobrze nie zna. Ani Polski, ani Kanady. A z tym Meksykiem to nie żart. Właśnie tam jadę za trzy tygodnie, do domu, który kupiliśmy 3 lata temu… ale to już odrębna historia.

  

staruszków nawiedzać

Odwiedzajmy staruszków

„Więzionych pocieszać, chorych nawiedzać…” – taki przekaz daje nam Nowy Testament. Z tymi więzionymi nie jest tak łatwo, z chorymi już lepiej, ale gdzie jest przykazanie – „staruszków odwiedzać”? Może wtedy, kiedy ono powstało, nie było staruszków, gdyż ludzie żyli krótko i umierali w wieku 50 lat. A teraz żyją i żyją i jest coraz większa grupa ludzi dobijająca setki. Są od dawna na emeryturze, odchowali wnuki i siedzą samotnie w swoich domach, albo u rodziny, a najczęściej, szczególnie na Zachodzie, w domach starców. Naodwiedzałam się staruszków podczas zbierania materiałów do mojej książki – W jednej walizce, nasłuchałam ciekawych historii, a teraz, już dwa lata po jej ukończeniu, wpadam nadal do nich i już nie nagrywając i nie spisując, chłonę wszystkie anegdotki i sagi rodzinne, tym ciekawsze, że snute już bez tego strachu, że zostaną zapisane z nazwiskami i imionami . Owszem, zamierzam je gdzieś, w którejś z moich następnych powieści umieścić, zachowując oczywiście zmianę imion, miejsc, tak aby się nikt nie domyślił. „Moi staruszkowie” przekroczyli w większości 90 lat, nadal mają sprawne umysły, choć ciało już za nimi nie nadąża.  Czytają prozę i poezję w trzech językach, interesują się polityką, religią, mają bardzo otwarte poglądy na wiele współczesnych problemów. Nie gorszą się dzisiejszą młodzieżą, wzdychając – „za moich czasów to było nie do pomyślenia.” Sączę z nimi winko albo coś mocniejszego i spędzam jedne z najmilszych chwil mojego życia. Nie patrzymy na zegarek, nie spieszymy się. Żegnamy się z myślą, że może to już ostatnie spotkanie?

Wczoraj odwiedziłam „podwójną hrabinę” – Różę Siemieńską z domu Plater- Zyberk. Jej przeuroczy mąż Wilek, umarł dwa tygodnie temu, dożywszy 91 lat, a syn, Wilczek, zginął podczas trzęsienia ziemi w Haiti. Gdy weszłam do jej mieszkania, Róża – 94 lata, drobniutka, szczuplutka, odśnieżała dużą łopatą balkon. Na stole stała już butelka wina i ciasto, zdjęłyśmy więc płaszcze i usiadłyśmy na kanapie. Uściskałam moją hrabinę serdecznie, strzeliłyśmy sobie kielicha i zaczęła się rozmowa. O życiu, o śmierci, o ….. i tu musiałabym przytoczyć długą listę, bo tematów było wiele.

Po dwóch godzinach pożegnałam ją, obiecując wpaść przed Świętami.

                – Chciałabym być taką staruszką. Pogodną, otwartą na świat, miłą, ciepłą. – zawsze mi takie myśli towarzyszą po wizycie.

                – Gdy będę upierdliwą staruchą, zamknijcie mnie w domu starców i możecie mnie nie odwiedzać – już teraz informuję moje córki, chociaż mam nadzieję, że do tej „staruchy” mam jeszcze dużo czasu.

Co zrobić, żeby być tą pierwszą, taką jak Róża, jej siostra Ela i wiele innych, które znam? Co zrobić, żeby nie być ….. i tu zamilczę długą listę. Może starać się już teraz ćwiczyć charakter? Teoretycznie powinniśmy to robić całe życie. Nie poddawać się melancholii, krytykanctwu, nienawiści. Spojrzeć na świat z uśmiechem i z pogodą znosić jego niedoskonałości. A wtedy może nam nie grozi na stare lata „upierdliwość”, i z przyjemnością będą nas odwiedzać młodsi, aby sączyć z nami winko i słuchać o starych, dobrych czasach.