Cud demograficzny

 

„Jedną z najbardziej charakterystycznych cech społeczeństwa meksykańskiego od lat 40 – tych XX wieku jest gwałtowny przyrost naturalny. Nawet pomimo jego spowolnienia w latach 80-tych liczba ludności rośnie o 50% szybciej niż wynosi średnia światowa.”

O czymś takim Polska, ze swoim ujemnym przyrostem naturalnym może tylko pomarzyć. Jak to poprawić?

Chodzę po uliczkach Meridy i wszędzie widzę zakochane pary. Wyglądają ślicznie, trzymając się za ręce, patrząc sobie w oczy i czasami delikatnie się całując. Romantycznej atmosferze niewątpliwie sprzyja ciepły klimat, duża ilość placów, na których są rozstawione specjalne ławki, skierowane naprzeciwko siebie, tak, że zakochani mogą patrzeć sobie w oczy. Przechodni sprzedawcy kwiatów podchodzą do nich, oferując im pojedyncze róże. Po miłosnym gruchaniu, czasami trwającym kilka godzin,  zakochani wstają z ławek, nadal trzymając się za ręce, a szczęśliwa dziewczyna czy kobieta z uśmiechem Giocondy wącha czerwony kwiat. Przechodnie obdarzają  ich pobłażliwym lub rozmarzonym spojrzeniem i tak w atmosferze ogólnej aprobaty kwitnie miłość i to, co za nią idzie w parze – pojawianie się nowych obywateli.

Przypominają mi się młode lata, kiedy jako studentka tak samo trzymałam za rękę mojego chłopaka, ale z pocałunkami musieliśmy się kryć, aby nie usłyszeć od poznańskich dewotek  słynne  – „Jezusie Mario, wstydu nie macie.” Pewnie to się teraz zmieniło, ale co  z tego, gdy liczba Polaków maleje. Nie ma nic piękniejszego niż widok zakochanych młodych ludzi. Otacza ich aura marzeń, które może właśnie w ich przypadku się ziszczą? Patrzę na nich, młodych i starych, pięknych mimo jakże często korpulentnych postaci (najgrubszy naród świata), uśmiechających się do mnie, kiedy rzucam w ich stronę lekko zazdrosne spojrzenia. Obserwuję spacerujące rodziny, z dużą ilością dzieci, wszyscy odświętnie ubrani, z ojcem taszczącym najmłodszą z pociech. Nikt ich się nie pyta, czy mają warunki na tak liczne potomstwo, czy mogą dzieciom zapewnić dobrobyt. Nikt im nie zabiera praw rodzicielskich z powodu ubóstwa. Najważniejszą rzeczą jest rodzina i w Meksyku to widać na każdym kroku.

– Kiedy ci ludzie pracują? – zastanawiam się, gdy codziennie, o każdej porze widzę przechadzających się rodzinnymi grupami.  Tymczasem ich słynne „mañana” nie przeszkadza, że ekonomia ich kraju rośnie i są prognozy, że niedługo będzie w czołówce światowej. A więc ani mañana, ani życie rodzinne, ani liczne potomstwo czy czas na miłość i patrzenie sobie w oczy, nie kłócą się z tzw. postępem i rozwojem.   

My, Polacy, chcemy się mnożyć? Zamiast pracować po godzinach na nowe komputery dla dziatwy, chwyćmy się za ręce, idźmy na place, do parków czy malutkich kafejek, całujmy się, a potem w domu wytłumaczmy dzieciom, że najważniejsza jest miłość. I wypuśćmy razem z nimi latawce – tak jak w filmie Mary Poppins, bo żadne nowe gadżety nie zastąpią czasu spędzonego razem. Nauczmy się, że dzieci najbardziej potrzebują nas, a nie nowych, drogich zabawek. Dzięki temu może zdecydujemy się na jeszcze jednego potomka, mając czas na miłosne igraszki, powłóczyste spojrzenia i kto wie, czy nie przekonamy burmistrza swojego miasteczka, aby zainstalował specjalne ławki „a la Meksyk”, ustawionych naprzeciwko siebie, tak aby móc spoglądać sobie w oczy. A księżom trzeba polecić, aby z ambony głosili aprobatę dla publicznie gruchających par, jednocześnie  przestrzegając dewotów przed wtrącaniem się w tę nową modę. Ogólnie miłosna atmosfera wręcz stanie się patriotycznie „trendy” i polski naród urośnie w siłę i nie zaginie. Amen. 

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek

Najlepszy sposób na tolerancję

 

Z tą tolerancją u mnie to różnie bywało. Wyrosłam w atmosferze krytycznego nastawienia do świata, nic więc dziwnego, że nie przytulałam go do serca z miłością. Lektura Cronina „Kluczy królestwa” wstrząsnęła moim piętnastoletnim ograniczonym jestestwem. Opisana w książce nienawiść pomiędzy katolikami i protestantami, która doprowadza do śmierci rodziców głównego bohatera wywarła na mnie takie wrażenie, że już na zawsze postanowiłam być tolerancyjna. Czy dotrzymałam słowa? Niestety skrajne poglądy towarzyszyły mi jeszcze przez kilka lat. Nienawidziłam komuny i na to konto wszystkich bez wyjątku komunistów miałam ochotę wieszać na latarniach.  A potem był wyjazd do Kanady, moje dzieci i ja razem z nimi poznawaliśmy różne nacje świata. I niezależnie od koloru skóry i wyznania znajdowaliśmy wśród nich ludzi o wielkim sercu. Nie mogliśmy powiedzieć nic złego na Żydów – no bo przecież Samuel, lekarz, pomógł nam w trudnym okresie naszego życia, – na Murzynów, bo przecież to byli najlepsi przyjaciele naszych dzieci, Koreańczyków – bo przecież…. I tak można było mnożyć bez końca.  Już dawno doszłam do wniosku, że uogólniane do niczego dobrego nie prowadzi, trzeba patrzyć na ludzi indywidualnie, a nie zbiorowo.

Od kilku miesięcy wraz z Mariuszem prowadzę mini pensjonat w Meridzie, stolicy Jukatanu. Nazwałam nasz dom szumnie pensjonatem, ale to są zaledwie dwa pokoje do wynajęcia. Do tej pory przewinęło się  przez nie około 40 osób, a wśród nich Amerykanie, Anglicy, Niemcy, Meksykanie, Australijczycy, Rosjanie, Polacy, Kanadyjczycy – o różnym kolorze skóry, różnych wyznaniach i orientacjach seksualnych. Poznaliśmy ich na co dzień, bardzo szybko nawiązując z nimi bezpośredni kontakt i nawet, gdybyśmy mieli skrajne poglądy, nie możemy ich okazać, bo przecież ci ludzie to są nasi klienci na wakacjach i mają odpocząć,  a nie  wytaczać armaty w obronie swoich poglądów.

I tak sącząc kawkę czy winko milutko gawędzimy sobie z parami homoseksualistów, ze Świadkami Jehowy, z muzułmanami i Żydami,  z wierzącymi i niewierzącymi, z patriotami amerykańskimi i z tymi krytycznie nastawionymi do polityki USA. Wypytujemy ich o poglądy na świat,  a jeśli są odmienne od naszych, zupełnie nam to nie przeszkadza. Osobiście najbardziej podobały  mi się pary gejów. Idealni goście, schludni, uprzejmi, delikatni, ciekawi świata. Co oczywiście nie oznacza, że wszyscy homoseksualiści są tacy, ale „naszych” tak właśnie odebrałam i zgadzam się z teorią Melanie, Kanadyjki, jednej z naszych klientek, że każda kobieta powinna mieć przyjaciela geja.  

Nie obchodzą mnie ideologia gender, czy hasła – Żydzi rządzą światem, odsuwam na bok wszystkie skrajne przekonania, które uogólniają.  Nie zgadzam się też z panią Agnieszką Holland, że Polska to zaścianek i Polacy to sami anarchiści. Patrzę na ludzi indywidualnie, a nie zbiorowo, a spotkania pod meksykańskim niebem na pewno mi w tym pomagają. Zatem zapraszam do Casa de Ambar wszystkich, którzy zdzierają sobie języki i pióra na sianiu nienawistnych haseł – siądźmy przy stole na werandzie i polubmy siebie, mimo naszych różnic poglądowych. Zacznijmy rozmawiać na tematy, które nas łączą, a nie dzielą i na pewno znajdziemy ich dużo. Zgodzimy się, że miłość, wino i śpiew są najważniejsze, a reszta to furda, jak mawiał Pan Zagłoba. 

Image

Na ludowo

Na ludowo

Za komuny tańce ludowe (z wyjątkiem tych góralskich) kojarzyły się mi ze starymi babciami zawodzącymi swoje pieśni. Ludowość nie przyciągała młodzieży, a wiejskie obyczaje zdecydowanie nie były w modzie. Wieś  i rolników traktowało się pogardliwie, palcami wytykało się ich inne ubiory, zamiłowanie do ostrych kolorów, brak uzębienia. W miejskich szkołach dzieci wiejskie były wyśmiewane, pamiętam, że w liceum, do którego uczęszczałam,  kilku uczniów pochodzących ze wsi tworzyło getto i nikt z nimi nie nawiązywał kontaktów. Obraz polskiej wsi diametralnie zmienił się, powstają zespoły, odgrzebywany jest folklor, który przyciąga turystów. Ogromnie się z tego cieszę, bo zawsze miałam sentyment do polskiej wsi. Jako nastolatka byłam tak zauroczona „Chłopami” Reymonta, że w domu, przez długi okres czasu mówiłam gwarą.

A teraz, podczas mojego pobytu w Meridzie, obserwując ludowe tańce z Jukatanu, ogarnia mnie takie samo wzruszenie, jak podczas oglądania tych naszych polskich.  Meksykanie z Meridy są bardzo dumni ze swojego folkloru i tańce odbywają się aż 3 razy w tygodniu. Zawsze gromadzą się na nich tłumy, głównie tubylców, którzy z zainteresowaniem śledzą poszczególne układy. Znając je już  niemalże na pamięć, za każdym razem się nimi zachwycam. Oczywiście kolorowe stroje, muzyka, zręczność tancerzy –to są elementy cieszące oko, ale najbardziej mnie wzrusza młodość wykonawców i radość, jaka maluje się na ich twarzach. – „Piękno folkloru nie zginie, dopóki następne pokolenia go kontynuują” – takie myśli mnie nachodzą. Zeszłego roku byłam w Łowiczu, na zaproszenie znanej wycinankarki, Grażyny Gładkiej. Ze smutkiem opowiadała mi, że niegdyś w Łowiczu było 60 pań wykonujących  wycinanki, a obecnie tylko 15. Dlatego stara się przyuczyć swoje córki  – „aby sztuka nie zaginęła”. Trzymam więc kciuki za młodzież całego świata, która z zapałem idzie w ślady rodziców, podtrzymując ludowe tradycje. Akcja mojej ostatniej powieści – Lista Olafa, ma miejsce na Podlasiu, w krainie Kurpi. Na to konto oglądam, czytam, koresponduję, aby jak najlepiej oddać wszystko, co najpiękniejsze tego rejonu. Niech żyje sztuka ludowa, niech się rozwija, uczmy się jej, kochajmy, gdyż to nasze bogate narodowe dziedzictwo .

http://www.youtube.com/watch?v=wZG9xNIr_pM&feature=youtu.be&a

Zdjęcia i film są mojego autorstwa. Zabraniam publikowania ich bez mojej wiedzy.

ImageImageImageImageImageImageImage

Znany nieznajomy

– Kiedy będziemy mogli przeczytać twoja powieść? – pytają moi kanadyjscy przyjaciele i znajomi. Do tej pory odpowiadałam krótko – brak pieniędzy, aż w końcu, po dwóch latach od ukazania się Żółtej sukienki, postanowiłam – zrobię to sama, zwłaszcza, że próba tłumaczenia pierwszej strony została dosyć mile skomentowana przez moją super zdolną córkę, Iwę (dyplom filozofii, literatury angielskiej z McGill, studia doktoranckie z historii na Princeton).

– Nieźle, jak na pierwsze podejście – te słowa zachęciły mnie do dalszej pracy, chociaż zdaję sobie sprawę, że mój pisany angielski jest to polski – angielski.

Przyjechałam do Meksyku, aby pomóc Mariuszowi w prowadzeniu małego pensjonatu.  Zajmuje to sporo czasu, ale mimo wszystko można wygospodarować chwile na pisanie. I zamiast kontynuować pracę nad powieścią, zagłębiłam się w tłumaczenie. Powstały pierwsze strony, które wydają się niby znajome, ale jednak obce, tak jakbym na nowo poznawała dobrze znanego przyjaciela.

Zadzwoniła do mnie Theresa Serafin, Polka, która po wojnie, jako 3 letnie dziecko wyjechała z kraju do Stanów, tam skończyła studia, uczyła angielskiego, była zakonnicą, a potem opuściła klasztor i przyjechała do Meridy pracować na rzecz biednych dziewcząt. Theresa ma dużo listów rodzinnych, pisanych ręcznie i niestety nie może ich odcyfrować – zbyt dobrze nie posługuje się językiem polskim.

Zaofiarowałam się, że przepiszę jej listy.

– Czym mogę ci się odwdzięczyć?

– Czy możesz sprawdzić moje tłumaczenie? – zapytałam nieśmiało, zdając sobie sprawę, że jej praca będzie o wiele bardziej pracochłonna.

Zgodziła się bez wahania. I tak zaczęła się nasza zażyłość wokół Żółtej sukienki. Nie mogłam znaleźć  lepszej osoby.  Świetnie władająca językiem angielskim, ale też skrupulatna, dociekliwa i na tyle znająca język polski, że zawsze można odnieść się do oryginału. Liczę, że po dwóch miesiącach intensywnej pracy powstanie pierwsze, robocze tłumaczenie, które trzeba będzie doszlifować. A potem niezbyt miły proceder wysyłania do wydawnictw i czekanie na odpowiedź.

Załączam kilka pierwszych zdań już przetłumaczonego początku książki.

 

Yellow Dress – Beata Gołembiowska

A thin needle pierced the taut yellow silk. A thread of the same color was appearing and vanishing, creating a complex floral design. Grandmother Rose gave herself to the task with passion, not taking her eyes off the hoop, not stopping even for a moment, she was in a hurry. The dawn was rising and she was still bent over the embroidery. The last movements of the needle finished the job finally. Her hands a moment ago so busy, were resting on the yellow fabric now, they were still for a moment and then swept over the embroidery’s ridges almost affectionately.  Long fingers, covered with a network of veins, opened the tambour. On the lap of elderly woman laid child’s dress.  Prewar silk of the best quality, glistened in the rays of the rising sun. The eyes of the embroider noted every detail as they took in the parts of the intricately made cloth: pleats, folds and ruffles.

“It was worth so many sleepless nights and I don’t even regret cutting the dress from my first ball.  This is a masterpiece!” – thought Rose.

Image

 

 

Poszukiwanie skarbów

IMG_3745 copy IMG_3751 copyIMG_3763 copy IMG_3759 copy IMG_3762 copyImageImageImage

Piękne zabytki cieszą oko, lecz często są tak ozdobne, że przytłaczają swoim bogactwem. Zwiedzając miasto nimi wypełnione potrafimy po jakimś czasie już nie dostrzegać stiuków zdobień, kutych balustrad,  natomiast przyciąga naszą uwagę budynek nie odnowiony, pokryty liszajami odpadającego tynku. Wchodzimy do środka i odkrywamy zakurzone, zapomniane skarby,  widzimy przed sobą inny świat, a dzięki wyobraźni każdy z nas może go sam sobie wykreować.  Chodząc po ulicach Starego Miasta w Meridzie  co rusz napotykamy takie perełki. Sądząc z fasady to nic specjalnego , ot jeszcze jeden rozwalający się budynek, ale już po przejściu przez bramę wkraczamy do innej krainy,  dostrzegając  w niej wszystko co piękne, a to co jest zdemolowane, restaurujemy na swój sposób. Uruchamiamy aparaty, co rusz wykrzykując – „zobacz, jakie to cudowne”, albo „zobacz, jakie to kiedyś mogło być wspaniałe”.

Jeden budynek szczególnie nas zaskoczył . Zmęczeni przechadzką  po ruchliwej ulicy przez bramę zajrzeliśmy na dziedziniec obskurnej kamiennicy. Wiele domów w Meridzie ciągnie się kilkadziesiąt metrów w głąb, a na samym końcu działki znajduje się ogród. W tym przypadku dom  był dwupiętrowy, uformowany w kształcie podkowy. Marmurowymi schodami weszliśmy na piętro i już na samym początku ulegliśmy urokowi naszego odkrycia. Piękne posadzki, stare obrazy, lustra, meble,  olbrzymie rzeźbione drzwi z kryształowymi szybkami, cudowne okna wypełnione wirażami.  A wszystko to bezpańskie, opuszczone, zniszczone. Niektóre pomieszczenia w zupełnej ruinie, jak olbrzymia kuchnia, po której zostało tylko trochę niezwykłej urody kafelków,  opuszczona sypialnia z materacem przykrytym kartonami.   Zrobiło nam się smutno, jak na widok bezpańskiego, głodnego psa, który na próżno czeka na dobrego pana. Zaczęliśmy marzyć, że gdyby tak wygrać na loterii to co można by było zrobić z taką ruiną. Mimowolnie zeszliśmy na temat Polski i tylu cudownych zabytków, które nie zostały zniszczone w czasie wojny, ale po wojnie, poprzez głupotę i ideologię. Szkoda, że piękna często nie można ocalić. Tym bardziej cieszą wszystkie uratowanie od zniszczenia zabytki i za każdym razem , gdy przechodzę koło nowo wyremontowanego „staruszka”, wypełnia mnie radość,  jakby on miał należeć do mnie. Podejrzewam, że duchy wszystkich jego poprzednich właścicieli czują to samo.

Igrzyska dla ludu

ImageImage

Nie wiem, czy w innych miastach meksykańskich tak jest, ale w Meridzie, stolicy Jukatanu prawie codziennie odbywa się koncert na wolnym powietrzu. Te lokalne, małe, oczywiście są bezpłatne, i to mnie nie dziwi, ale koncerty międzynarodowych lub meksykańskich sław? Za darmo, dla wszystkich?

Kilka dni temu w Meridzie występował sławny meksykański tenor, Fernando de la Mora, którego gościły sceny między innymi La Scali i Metropolitan. Koncert zaczynał się o 9 wieczór, więc już o ósmej napływała publiczność, aby zająć jak najlepsze miejsca na rozstawionych rozkładanych krzesełkach. Pierwsze rzędy były zamknięte dla uprzywilejowanych.  Imponujących rozmiarów estrada została ustawiona dzień wcześniej. O dziewiątej wszystkie krzesła były już zajęte i tłum oczekiwał maestro. Trio muzyczne sprawdzało i stroiło instrumenty, konferansjer zapowiadał szczegóły występu i wreszcie zjawił się on sam – szczupły, wysoki, przypominający bardziej Włocha niż Meksykanina. Zabrzmiało lekko jazzujące trio, śpiewak położył jedną rękę na piersi i rozległ się przepiękny sopranowy tenor, zmieszany z rytmiczną, południowo- amerykańską muzyką. Uczta dla ucha, ale też i dla oka, gdyż solista wyraźnie przeżywał swój występ, a publiczność  śpiewała razem z nim, nawet bez  zachęty maestro, który co jakiś czas wykrzykiwał  – „todos – wszyscy!”.  Przez trzy godziny rozlegały się pieśni, z pewnością bardzo popularne, gdyż ludzie obok nas znali ich słowa i to nie tylko pierwsze zwrotki. Ponadto na ogół mieli ładne głosy i roznosił się ich śpiew, a nad nim górował tenor króla tego wieczoru. Wyłapując poszczególne słowa – mój hiszpański jest bardzo kiepski, rozumiałam, że pieśni wychwalają urodę Meksyku, miłość, kobiety, wino, przyjaźń – jednym słowem sławiły to, co w życiu jest najważniejsze. Pod sam koniec koncertu na estradę wyszli Mariachi i już przy innym akompaniamencie znowu zabrzmiał piękny głos Fernanda de la Mora. Pierwsze rzędy opustoszały – ten koncert wyraźnie nie był dla uprzywilejowanych. Skoro za niego nie zapłacili, nie potrafili go docenić. To był koncert dla ludu i lud bawił się niesamowicie. Bisom i stojącym owacjom nie było końca, grzmiały oklaski. Siedziałam pośród rozentuzjazmowanych Meksykanów,  żałując, że nie mogę przeżywać występu tak jak oni. Wprawdzie był przepiękny, ale nie potrafiłam dać się unieść fali patriotyzmu.  Jestem przecież obca, gringo. Po koncercie wszyscy rozeszli się w różne strony tego spokojnego miasta. Nikt nikogo nie zaczepiał, nikt nie był pijany. Wracając do domu zaczęłam sobie wyobrażać taki koncert w Polsce. Owszem, można by było ustawić scenę, zaangażować muzyków. Tenor też mógłby śpiewać pieśni patriotyczne, ale czy one napełniłyby nas radością? Przecież prawie wszystkie albo opłakują nasze klęski, albo są religijne. Ale nawet, gdyby się znalazły jakieś radosne, to czy my potrafimy śpiewać? Już nie wspominam o naszych talentach wokalnych, lecz na ogół,  jeśli już znamy jakąś pieśń, ty tylko jej pierwszą zwrotkę.  A przecież muzyka i śpiew są tak ważne przy integracji narodu. Wspólnie śpiewając zapominamy o różnicach światopoglądowych i politycznych (chyba, że śpiewamy Boże coś Polskę i jedni używają słów – „racz nam zwrócić”, a drudzy – „wolną”). W 1980 roku byłam w Mongolii i spędziłam jeden miesiąc w wiosce na stepie, gdzie wszyscy jej mieszkańcy codziennie zbierali się przed największą jurtą i chóralnie śpiewali. Następnego dnia oddawali się swoim zajęciom bez kłótni i sprzeczek. Muzyka łagodzi obyczaje. Co zrobić, aby to hasło, tak słuszne, wprowadzić na szerszą skalę w naszej Ojczyźnie? Tusk śpiewający koło Kaczyńskiego pieśń o pięknie Polski, polskich dziewczyn, o urodzie życia – toż to byłby wspaniały widok!

Tańce na placu Santiago

W każdy wtorek, na placu Santiago – dzielnicy, gdzie leży nasz dom w Meridzie, w Meksyku, odbywają się tańce.  O ósmej wieczorem zbiera się już orkiestra i napływa tłum ludzi, który częściowo rozsiada się na przygotowanych rozkładanych krzesłach, a częściowo stoi w małych grupach, czekając na rozpoczęcie muzyki. Wśród nich nie ma raczej młodzieży, są to ludzie w sile wielu lub u jego schyłku, wszyscy odświętnie ubrani, gotowi na spędzenie wieczoru pełnego romantycznej atmosfery, kiedy kobieta i mężczyzna, nieważne czy młodzi czy starzy, brzydcy czy ładni mogą stać się pięknymi poprzez taniec. Starszy pan obejmuje korpulentną partnerkę, ona posuwa malutkimi kroczkami, a on przy niej energicznie, jak na swój wiek, wywija niekiedy bardzo skomplikowane figury. Tuż obok para czterdziestolatków porusza się niezmiernie żwawo, patrząc w siebie rozmiłowanym wzrokiem. Kilka par gringos można rozpoznać z daleka, nie po kolorze skóry czy włosów, ale po mniej odświętnym ubraniu i mniejszym wyczuciu rytmu. Nikną w tłumie Meksykanów, dla których to nie są występy dla turystów, dla nich to jest element życia, taki jak południowa sjesta. Po każdym utworze jest przerwa i konferansjer przemawia do publiczności. Jest wtedy czas na odpoczynek, ale zaledwie dwu, trzyminutowy.  Cała impreza trwa aż do jedenastej wieczór. Tancerzom przyglądają się grupki turystów i ja jestem wśród nich. Staram się odgadnąć, co czują ci ludzie, którzy raz w tygodniu ubierają się odświętnie i trzymając się za ręce podążają tak znaną drogą w kierunku rynku, by potem przez kilka godzin zatopić się w tańcu. Czy traktują to już jak rutynę?  Raczej nie, sądząc po ich skupionych, poważnych, niemalże uroczystych twarzach. Najbardziej mnie wzruszają pary tańczących staruszków. Pomarszczeni, przygarbieni, nagle w tańcu zmieniają się nie do poznania, stają się na nowo młodzi, piękni, zakochani.

Niestety taki widok jest tylko możliwy w kraju, gdzie cały czas jest ciepło.  Nasi polscy staruszkowie nie tańczą, zamknięci w domach mogą tylko pomarzyć o dawnych czasach. A my, jeszcze młodzi i sprawni? Czy mamy okazję raz w tygodniu pójść wprawdzie nie na plac w Santiago, ale gdzieś, gdzie można objąć ukochaną osobę i przy dźwiękach muzyki zawirować z nią, tak, aby zapomnieć na te kilka godzin o codzienności i przenieść się w inny,  bajkowy świat?ImageImage

Marzenia spełnienia

ImageImageImageImage

Meksyk – narkotyki, przemoc, niebezpieczny kraj – iluż ludzi żyje z takim wizerunkiem tego zróżnicowanego, dużego państwa. Statystyki mówią za siebie, ale Meksyk Meksykowi nierówny. Są miejsca, gdzie można nocą bezpiecznie włóczyć się po ulicach, gdzie nikt cię nie zaczepia, a jedynie słyszy się przyjacielskie – „hola”, a czasami jescze „hola amigos.”  Taką oazą spokoju jest Merida, stolica Yucatanu. Od czterech lat jestem z nią dosyć mocno związana, gdyż tutaj posiadamy – ja i Mariusz, swój dom. Casa de Ambar – Dom bursztynu, na cześć polskiego, a jednocześnie meksykańskiego kamienia, a ponadto Amber – to było imię naszego ukochanego pieska. Obecnie nasza Casa jest przystanią zieleni, koloru, spokoju, do której z ulgą wraca się ze spaceru  zatłoczonymi uliczkami. W końcu Merida to miasto o milionie mieszkańców, a nasz dom mieści się Historic Centro, trzecim co do wielkości  w obu Amerykach, po Hawanie i Mexico City.  

Przygoda z Meridą zaczęła się pięć lat temu, ale o jej początkach napiszę później. Zajęłoby mi to co najmniej kilkanaście stron.

Dziś jest trzeci dzień od mojego wyjazdu z Kanady. Opuściłam kraj skuty lodem i pokryty śniegiem – na preriach z wiatrem – 50C, a w Montrealu cieplutko, zalewdwie – 20, a tu nagle znajduję się w tropikach i wdycham zapach nasyconej wilgocią zieleni. Normalne uczucie, gdy jedzie się na wakacje do ciepłych krajów, do resortu, w którym mamy zamiar wygrzać się na plażach i popluskać w oceanie. Tymczasem ja wracam do mojego drugiego domu, który wrósł w nasze życie tak, że czasami zapominamy, że to dopiero cztery lata.

Następnego dnia, tuż po przyjeździe wybraliśmy się na miasto,  ja jak zwykle z aparatem. Znajome kąty straszą swoją brzydotą albo zadziwiają pięknem. Niesamowita mieszanka – odnowionych, kolorowych, kolonialnych kamiennic, pałaców i maleńkich ruder, które nie widziały farby co najmniej przez kilkanaście lat. Wszędzie się widzi ludzi, ubranych schludnie, mimo upałów mężczyźni w długich spodniach, a kobiety w sukniach do kostek. Jedynie Gringos obnażają swoje ciała. W Centro mieszkają głównie ubodzy Majowie, a od niedawna zaczynają ich wypierać biali z różnych stron świata. Ludzie którzy chcą spełnić w Meridzie swoje marzenia, prawie nieosiągalne w Europie czy Ameryce. Społeczność gringowska rośnie, podobno jest nas już ponad tysiąc. Czyli taka mała wieś w milinowym mieście. Zaczęli się tu wprowadzać może dwadzieścia lat temu. Początkowo były to małżeństwa – ona Meksykanka, a on biały, lub odwrotnie. A od co najmniej kilkunastu lat nastała fala ludzi marzących o ciepłym, bezpiecznym miejscu, gdzie życie toczy się w zwolnionym tempie i można z łatwością założyć jakikolwiek biznes, bez niepotrzebnej biurokracji. Ponadto roczny podatek za olbrzymi dom to ….$40!!! Jedzenie trzy razy tańsze niż w Ameryce, a 5 razy niż w Europie. Miasto oferuje dużo imprez za darmo, codzienne koncerty czy tańce na wolnym powietrzu, a ponadto teatry, filharmonia, muzea, kina.  Czyli raj! Czy dla mnie? Przez kilka następnych blogów opiszę naszą meridiańską przygodę i spostrzeżenia. Niewątpliwie życie tutaj jest to opcja dla ludzi pragnących nowych rozwiązań życiowych, już prawie niemożliwych do przeprowadzenia gdzie indziej.