Dzwi do raju

 

Drzwi. Z pozoru nic wielkiego, nad czym nie warto się nawet zastanawiać. Otwieramy je, zamykamy, wchodzimy, wychodzimy.  A tymczasem w literaturze czy w filmie są bardzo istotnym elementem. Otwierane: powoli ze skrzypieniem, popchnięte gwałtownym gestem, kopnięte nogą, grzmotnięte pięścią… kreują napięcie, grozę, ulgę …

W Meridzie, Meksyku różnorodność drzwi natchnęła mnie do głębszych refleksji: niektóre pamiętają czasy konkwistadorów, inne trochę młodsze lub całkiem współczesne.  Od przepięknie odnowionych, do takich, o których zapomniano, zostawiając je na pastwę słońca, deszczu i wiatru. Pewnego dnia stały się moimi „modelami” podczas wypraw zaułkami Meridy. Przyglądałam się im, dotykałam, wyobrażałam sobie wiele sytuacji sprzed lat, kiedy nie było samochodów, a wąskimi uliczkami sunęły karoce, wozy i jeźdźcy. Ozdobne, wysokie drzwi prowadziły do chłodnym wnętrz domów kolonialnych, zastawionych rzeźbionymi meblami, między którymi przesuwały się damy w koronkowych, haftowanych sukniach.

Powstrzymuję swoją wyobraźnię na wodzy, bo zawsze lubię idealizować przeszłość i wtedy zaczynam wzdychać, – „dlaczego nie żyłam w „tamtych czasach?”. Wracam na ziemię i przyglądam się drzwiom odnowionym, przy którym widnieją tabliczki z nazwiskami rodzin. Ten zwyczaj, tak zupełnie mi nie znany, wzbudził mój zachwyt.  Dla mnie, jako Polki czy Europejki  nazwa „dom” ma o wiele większe znaczenie niż dla Amerykanina czy Kanadyjczyka. Dom powinien służyć rodzinie przez wiele pokoleń. Dzięki temu żyje wspomnieniami, jego ściany są nasycone pięknymi i tragicznymi chwilami, czułymi słowami czy kłótniami. Taki dom nie jest zwykłą budowlą z drewna, kamieni czy pustaków,  urasta do czegoś wznioślejszego, jest przystanią, opoką, rajem lub…piekłem. Zależy od nas, jakim go wykreujemy, i nie tylko meble, dywany, kwiaty przydają mu atmosfery, ale my sami.

Tabliczki z nazwiskami właścicieli dają wyobrażenie, że mieszkańcy domów żyją  w nich już dość długo. Bo któż, pragnący zatrzymać się tylko na rok, chciałby zadawać sobie trud i wmurowywać ozdobny napis. Przechadzam się ulicą pełną domów należących do znanych mi już rodzin. Odczytując ich nazwiska, mimowolnie przyglądając się dłużej całemu otoczeniu. Fotografuję, dostrzegam coraz więcej szczegółów. Niekiedy drzwi się otwierają i ciekawie spogląda na mnie dziecko, wychodzi wystrojona kobieta – może na spotkanie z przyjaciółką, a może z kochankiem?,  dziadek o lasce powoli przechodzi przez próg. Ileż to historii dzieje się za zamkniętymi drzwiami!  Przypomniały mi się bajki Andersena, w których przedmioty ożywają i zaczynają mówić ludzkim głosem. Wyobraziłam sobie, że otwieram drzwi do różnych domów, a one, już przy naciśnięciu klamki zaczynają mi powierzać tajemnice swoich wnętrz.

A drzwi do mojego własnego domu? Co by opowiedziały? Mimowolnie uśmiecham się. Za drzwiami moich dwóch domów – i tego w lesie kanadyjskim i tego na uliczce starówki Meridiańskiej przeżyłam wiele pięknych chwil.  Pewnie dlatego z taką przyjemnością je otwieram, tak, jakby były przysłowiowymi „bramami do raju”.

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie

 

Na całym świecie wszyscy ludzie – i ja wśród nich znają to mądre przysłowie. Czy często się nad nim zastanawiam, nazywając swoich przyjaciół prawdziwymi przyjaciółmi? Mam sporo znajomych, ale tak się złożyło, że tylko kilku mogę zaliczyć do tych wypróbowanych. Z innymi nie było okazji, na szczęście, bo gdyby nie stanęli na wysokości zadania, pewnie musiałabym wykluczyć ich z grona – może nie znajomych, ale na pewno przyjaciół. Jak się zdobywa przyjaźnie? Gdy człowiek był młody, wydawało się to takie łatwe. A później? Rodzina, praca, nawał obowiązków nie sprzyja utrzymywaniu zażyłości. Jeszcze dobrze, gdy znajdziemy czas na rozmowy telefoniczne, a na spotkania? Z tym o wiele gorzej.

Nie rozpisywałabym się nad tak oczywistą rzeczą, jak znajdowanie czasu na przyjaźnie, gdyby mną nie wstrząsnęła pewna przygoda, która zdarzyła się nam w Meridzie, Meksyku.  Na przestrzeni czterech lat przyjeżdżamy do tego miasta raz do roku i spędzamy tutaj miesiąc wakacji. Podczas każdego pobytu spotykaliśmy najwyżej dwa razy małżeństwo – ona Meksykanka, a on Francuz. Byli mili, lecz ich słaba znajomość angielskiego przeszkadzała nam w nawiązaniu bliższej znajomości.

Tej zimy nie odwiedziliśmy ich ani razu. Pewnego dnia jakiś mężczyzna zadzwonił do drzwi naszego domu. Z kilkudniowym zarostem, brudny, trzęsący się i z wysiłkiem hamujący łzy – z trudem rozpoznaliśmy w nim dawnego Jacques’a, schludnego, zawsze dbającego o wygląd. Okazuje się, że żona go wyrzuciła z domu, nocował kilka dni na ulicy, a potem wylądował w jakimś obskurnym miejscu. Był bez pieniędzy, bez prawa zwrócenia się do władz, gdyż nie ma obywatelstwa meksykańskiego, a dodatkowo zaliczył więzienie, gdyż żona oskarżyła go o pobicie. Zaprosiliśmy go do środka, poczęstowaliśmy obiadem, wypraliśmy ubranie i pożyczyliśmy pieniądze. Poprosił nas o możliwość przesłania na nasze konto funduszy z Francji, które miał otrzymać od siostry – żona zablokowała jego konto. Momentalnie, po otrzymaniu przekazu, zwrócił nam pieniądze, wraz z serdecznymi podziękowaniami i mogłabym zapomnieć o całym zdarzeniu. A jednak długo o nim myślałam. Ten człowiek żył w Meksyku przez kilka lat i nie miał innych osób, do których mógłby zwrócić się o pomoc? Zaczęłam rozważać, czyja to wina i stwierdziłam, że zdecydowanie jego. Pracując jak wół w biznesie hotelowym, nie zadbał o zdobycie prawdziwych przyjaciół. Wymaga to przede wszystkim czasu, nie tylko na wzajemne odwiedzanie się, ale wykazanie dobrej woli, kiedy nasi bliscy znajdą się w podbramkowej sytuacji. A ja? Czy dbam o kontakty ze swoimi przyjaciółmi? Po tym wydarzeniu momentalnie sięgnęłam za słuchawkę i zadzwoniłam do kilku osób. Napisałam parę maili. Zaczerwieniłam się na myśl, że dawno nie odzywałam się do siostry. Za wszelką cenę nie chcę dopuścić, aby nagle poczuć się zupełnie samotnie, bez tej komfortowej myśli, że na tym świecie są ludzie, na których mogę liczyć. 

Obrazek

 

Obrazek