Padre Martin – “nasz” ksiądz

Spotkałam się na rozmowie z księdzem Marcinem – z padre Martinem – jak go nazywają Meksykanie – w jednym z najstarszym kościołów Meridy.  O księdzu dużo słyszałam, poznałam go na co miesięcznym zebraniu Polonii Meridiańskiej, ale nie miałam okazji z nim porozmawiać. Dlaczego chciałam spotkać się  akurat z tym księdzem? Może dlatego, że mi się z nim nie kojarzył? Ubrany normalnie – w dżinsach, koszuli i w sandałach – a dodatkowo nie musiałam się zwracać do niego – „proszę księdza”, tylko po prostu „Marcin.”  Atmosfera starego, XVII wiecznego  klasztoru, w którym obecnie  urzęduje Marcin, dodawała „atmosfery” naszemu spotkaniu.   Siedliśmy sobie przy stole i  popijając kawę  zaczęłam zadawać mu pytania. Pierwszym było – dlaczego przysłali go do kraju, drugim po Brazylii, jeśli chodzi o ilość katolików? Czy nie ma w Meksyku dostatecznej ilości lokalnych księży?

– Nikt z lokalnych księży nie spieszył się, aby objąć biedną parafię – taka była odpowiedź Marcina.  „Czyli rewolucja niczego duchownych meksykańskich nie nauczyła” – pomyślałam.  A potem już rozmowa potoczyła się gładko, o marzeniach Marcina o misji w Chinach, gdy tymczasem wylądował w Meksyku, pokochał ten kraj i nie wyobraża sobie mieszkać w innym. O tym, jak prowadzi parafię, jak mu w tym świeccy pomagają, jak razem z radą parafialną ustala tematy do kazań, aby docierały do ludzi, jak organizują wakacje dla biednych dzieci, jak próbuje uratować zabytkowy kościół, jak … Mijały godziny, a ja pytałam i słuchałam. Czy miał dziewczynę zanim poszedł do seminarium, kiedy poczuł powołanie, czy nie czuje się samotnie z dala od rodziny i Polski….???A potem padły pytania o polski Kościół,  księży,  kryzys wiary… Nie będę przytaczać odpowiedzi Marcina, gdyż w tej rozmowie była dla mnie najważniejsza jej normalna atmosfera. Świecka osoba – ja, miło sobie konwersuje z księdzem, nie padając przed nim na kolana i nie „proszę księdzując”. Po prostu człowiek z człowiekiem. Dlaczego tak nie można częściej? Umówić się z księdzem na piwo, wyskoczyć z nim do kina? Nie sugeruję, żeby sam na sam, ale w grupie, w której ksiądz byłby „nasz”. Można by było się z nim zżyć, zrozumieć, pomóc, podpowiedzieć.

Na szczęście miałam trochę takich kontaktów za młodych lat, podczas wędrówek z wujem Tadeuszem – czyli z księdzem Tadeuszem Fedorowiczem. Rozmawialiśmy z nim, żartowaliśmy, pytaliśmy.  A potem, już jako dorosła, widywałam księży jedynie podczas mszy i chodzących po kolędzie. Często wśród przyjaciół poruszaliśmy temat – księża a świeccy. Niemalże każdy miał w zanadrzu kilka przykładów fatalnych zachowań księży.  Były też dobre wspomnienia, niestety nieliczne. I tak narzekając na Kościół jako instytucję chodzimy na mszę, marząc o wspaniałych duchownych, tak jak marzymy o lekarzach – Judymach, czy nauczycielkach – Siłaczkach.

Czy w Polsce są ruchy świeckich, które mają na celu zbliżenie kleru do wiernych? W poprzednim blogu pisałam o nudnych kazaniach – z jakże częstym odwiecznym – „zastanówmy się, kim jest dla nas Jezus Chrystus”, kojarzącym mi się ze szkolnym – „co poeta miał na myśli?”

A gdyby tak spytać wiernych, o czym chcieliby usłyszeć w Kościele? Albo co sądzą na temat działalności danej parafii? Co im się podoba, a co chcieliby zmienić? Jak do tego się zabrać?

Przypomina mi się ulubiona lektura z dzieciństwa – Ania z Zielonego Wzgórza. Dużo było w niej o pastorze Allanie i jego żonie – w jaki sposób stali się częścią społeczności. Czy nasi księża też mogą być „nasi”.  Tak jak Marcin,  z którym ponownie się spotkaliśmy na zebraniu Polonii. Odpowiadał nam na pytania –  i nie z góry, z ambony, rzucając frazesy prosto z Rzymu –  tylko co on – normalny człowiek – sądzi na ten, czy inny temat.

– O, padre Martin, ogromnie go lubimy – nasza meksykańska sąsiadka podnosi do góry ręce w zachwycie, gdy pytamy ją, czy zna Marcina.

Jakby było miło, gdyby polscy parafianie mogli tak samo mówić o swoich księżach. Co zrobić, aby tak się stało?

P.S. Widok ruiny pięknego, olbrzymiego kościoła spotkanego w czasie podróży przez Meksyk natchnął  mnie do napisania tego bloga. Tuż obok ruiny stał malutki kościółek, świadczący o znacznie zmniejszonej ilości wiernych.  Duży kościół był jeszcze w dobrym stanie w latach 50- tych. Potem już nie było dostatecznej ilości wiernych, aby go utrzymać. Co będzie z polskimi kościołami, kiedy ludzie przestaną do nich chodzić?

Obrazek

ObrazekObrazek

Kościół, ale jaki?

 

„Jestem wierzący, ale nie praktykujący”  – coraz więcej ludzi w ten sposób określa swój stosunek do kościoła. I ja też do nich należę. Jest mi z tym wygodnie  – co jakiś czas westchnę do Boga, wierząc, że istnieje i ma mnie w swojej opiece, ale nie muszę w każdą niedzielę wsiadać w samochód i jechać kilka kilometrów, aby uczestniczyć we mszy. I nie moje lenistwo, czy brak pieniędzy na benzynę  jest tego powodem. Zawsze, od kiedy pamiętam msze mnie śmiertelnie nudziły. Wyjątkami były te, kiedy zdarzał się utalentowany kaznodzieja lub co jakiś czas wystąpił dobry chór. Bita godzina modlitw, nad którymi nigdy nie potrafiłam się skupić – nie sprzyjało temu mimowolne obserwowanie ziewających, szepczących dorosłych, czy marudzących dzieci. Kazania na ogół poruszały oderwane od rzeczywistości nieciekawe tematy, a potem komunia, do której rzadko przystępowałam, zastanawiając się, kiedy to ostatni raz byłam u spowiedzi. Zawsze wychodziłam z ulgą, ciesząc się, że mam to za sobą.

W końcu zadałam sobie pytanie – czy wiara w Boga ma kojarzyć się z uciążliwym, niemiłym obowiązkiem, czy raczej nie powinna być radosna, a wizyta w kościele cudownym, religijnym przeżyciem? Od tej pory przestałam chodzić do kościoła, modląc się w lesie czy innych pięknych miejscach, dziękując Bogu za wszystko, co dobre, nie narzucając się mu ze swoimi zmartwieniami. Moją wiarę podsycają wszyscy szlachetni chrześcijanie, których napotykam w życiu, oraz kilku księży , którzy swoją postawą zrobili na mnie takie wrażenie, że nigdy nie zmienię się w antyklerykała.

I tak sobie żyję już przeszło dwadzieścia lat, nie zastanawiając się, czy czynię dobrze czy źle. Niekiedy wdaję się w dyskusję na temat Kościoła, które na ogół kończą się jego potępieniem.  No bo na przestrzeni wieków Kościół się bogacił , gnębił, mordował, a ostatnimi czasy jest ciut lepszy (nie morduje wprawdzie, ale uprawia pedofilię),  ale daleko mu do doskonałości. Przypominają mi się wtedy ci wspaniali księża, których poznałam i moje osądy od razu łagodnieją.

Dużo ostatnio myślę na temat swojej postawy wobec Kościoła (zaznaczam, że katolickiego). Zastanawiam się, na ile wina leży po stronie księży, a na ile po stronie świeckich. Przecież Kościół to nie tylko mała grupka kapłanów i zakonników, ale i rzesze wiernych. Gdyby nie te miliony wierzących, instytucja kościelna przestała by istnieć. Dochodziło do krwawych, antyklerykalnych rewolucji, które nie miały na celu zmianę Kościoła, ale jego zagładę. Czy może powstać rewolucja – ale taka masowa, która zmieni Kościół na tyle, aby stał się instytucją godną zaufania? Czy ja nie powinnam się w to włączyć, zamiast siedzieć z boku i krytykować? W końcu jestem za tym, aby chrześcijaństwo nie upadło, ale rozwijało się i szło śladami Chrystusa.  

W następnym blogu opiszę rozmowę z księdzem Marcinem, młodym Polakiem, który przyjechał do Meridy kilka lat temu. Będzie to kontynuacja rozpoczętego tematu – czego wierzący oczekują od Kościoła, jakich chcieliby mieć księży? Może powinien powstać portal na ten temat, z którego mogliby korzystać nie tylko świeccy, ale też i kapłani?

 

Wszystkie zdjęcia na blogu są mojego autorstwa. Zabraniam ich kopiowania bez mojej wiedzy. 

Obrazek