Kościół, ale jaki?

 

„Jestem wierzący, ale nie praktykujący”  – coraz więcej ludzi w ten sposób określa swój stosunek do kościoła. I ja też do nich należę. Jest mi z tym wygodnie  – co jakiś czas westchnę do Boga, wierząc, że istnieje i ma mnie w swojej opiece, ale nie muszę w każdą niedzielę wsiadać w samochód i jechać kilka kilometrów, aby uczestniczyć we mszy. I nie moje lenistwo, czy brak pieniędzy na benzynę  jest tego powodem. Zawsze, od kiedy pamiętam msze mnie śmiertelnie nudziły. Wyjątkami były te, kiedy zdarzał się utalentowany kaznodzieja lub co jakiś czas wystąpił dobry chór. Bita godzina modlitw, nad którymi nigdy nie potrafiłam się skupić – nie sprzyjało temu mimowolne obserwowanie ziewających, szepczących dorosłych, czy marudzących dzieci. Kazania na ogół poruszały oderwane od rzeczywistości nieciekawe tematy, a potem komunia, do której rzadko przystępowałam, zastanawiając się, kiedy to ostatni raz byłam u spowiedzi. Zawsze wychodziłam z ulgą, ciesząc się, że mam to za sobą.

W końcu zadałam sobie pytanie – czy wiara w Boga ma kojarzyć się z uciążliwym, niemiłym obowiązkiem, czy raczej nie powinna być radosna, a wizyta w kościele cudownym, religijnym przeżyciem? Od tej pory przestałam chodzić do kościoła, modląc się w lesie czy innych pięknych miejscach, dziękując Bogu za wszystko, co dobre, nie narzucając się mu ze swoimi zmartwieniami. Moją wiarę podsycają wszyscy szlachetni chrześcijanie, których napotykam w życiu, oraz kilku księży , którzy swoją postawą zrobili na mnie takie wrażenie, że nigdy nie zmienię się w antyklerykała.

I tak sobie żyję już przeszło dwadzieścia lat, nie zastanawiając się, czy czynię dobrze czy źle. Niekiedy wdaję się w dyskusję na temat Kościoła, które na ogół kończą się jego potępieniem.  No bo na przestrzeni wieków Kościół się bogacił , gnębił, mordował, a ostatnimi czasy jest ciut lepszy (nie morduje wprawdzie, ale uprawia pedofilię),  ale daleko mu do doskonałości. Przypominają mi się wtedy ci wspaniali księża, których poznałam i moje osądy od razu łagodnieją.

Dużo ostatnio myślę na temat swojej postawy wobec Kościoła (zaznaczam, że katolickiego). Zastanawiam się, na ile wina leży po stronie księży, a na ile po stronie świeckich. Przecież Kościół to nie tylko mała grupka kapłanów i zakonników, ale i rzesze wiernych. Gdyby nie te miliony wierzących, instytucja kościelna przestała by istnieć. Dochodziło do krwawych, antyklerykalnych rewolucji, które nie miały na celu zmianę Kościoła, ale jego zagładę. Czy może powstać rewolucja – ale taka masowa, która zmieni Kościół na tyle, aby stał się instytucją godną zaufania? Czy ja nie powinnam się w to włączyć, zamiast siedzieć z boku i krytykować? W końcu jestem za tym, aby chrześcijaństwo nie upadło, ale rozwijało się i szło śladami Chrystusa.  

W następnym blogu opiszę rozmowę z księdzem Marcinem, młodym Polakiem, który przyjechał do Meridy kilka lat temu. Będzie to kontynuacja rozpoczętego tematu – czego wierzący oczekują od Kościoła, jakich chcieliby mieć księży? Może powinien powstać portal na ten temat, z którego mogliby korzystać nie tylko świeccy, ale też i kapłani?

 

Wszystkie zdjęcia na blogu są mojego autorstwa. Zabraniam ich kopiowania bez mojej wiedzy. 

Obrazek

 

Advertisements

One thought on “Kościół, ale jaki?

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s