Spacer z Haliną, Walking with Halina

DSC_0046 (2) copy

Spacer z Haliną
Obiecywałyśmy sobie, że po Twojej operacji, gdy wyzdrowiejesz, będziemy chodzić razem na długie spacery.
               – Żeby tylko zdążyć przed zimą – mówiłaś.
                – Jeszcze nacieszysz się kolorami, zapachem wilgotnych liści, ciepłymi podmuchami jesiennego wiatru – zapewniałam.
Dzisiaj był taki dzień. Poranne słońce przedzierało się przez już prawie bezlistne gałęzie, ślizgając się po igłach świerków i sosen. Gdzieniegdzie  na samotnej gałązce błyszczał czerwienią ostatni listek. Cienie pni drzew kładły się pasami na ścieżce, po której szłam z Tobą, Hala. Byłaś taka, jak przed operacją, piękna, szczupła, radosna, pełna planów na przyszłość. Opowiadałaś o nadchodzącym ślubie Łukasza i Arleen, cieszyłaś się wszystkimi ozdobami wykonanymi przez Twoje zdolne i pracowite ręce. Ze śmiechem opowiadałaś, ze w SPA zamiast oddać się kontemplacji urządzałaś swoją kuchnię.
„Najpierw ślub, potem ten zabieg”– tak nazwałaś operację – „a potem zacznę realizować wszystkie moje plany. Ani na chwilę w to nie wątpiłam.
Taką ją poznałam. Pełną zapału do wszystkiego, czego dotknęły jej ręce. Uwielbiała też czytać, dosłownie połykając książki, o których potem mi opowiadała. Bardzo dobrze znałam jej przeszłość, lecz niewiele mi opowiadała o swoim osobistym, teraźniejszym życiu. Wiedziałam tylko, jak bardzo kochała Edwarda i swoich synów. Była pierwszą czytelniczką maszynopisów moich książek. To ona i Edward zaprosili nas do Meridy i od tej podróży zaczęła się nasza meksykańska przygoda. Ja namówiłam ją na przeprowadzkę do Rawdon. Przez dłuższy czas nasze domy i w Rawdon i w Meridzie były oddalone o ten sam dystans, pokonywany na piechotę w 5 min. Przez 7 lat widywaliśmy się prawie codziennie. Hala i Edward stali się częścią naszego życia.
A teraz, gdzie ona jest? Czy w pięknym lesie w Rawdon, czy na plaży w Progreso, a może w swoim kolonialnym domu w Meridzie, z którego była tak dumna? Wiem, że była dzisiaj ze mną na porannym spacerze.  Rozmawiałam z nią i nie wstydziłam się wziąć jej za rękę. Zauważyła łzy w moich oczach i spojrzała na mnie ze współczuciem.
– Człowiek żyje po śmierci tak długo, jak trwa po nim pamięć –  powiedziałaś kiedyś, może kilka lat temu.  –  Chciałabym, aby wspominali mnie najbliżsi i przyjaciele.
– O to nie musisz się martwić. Tylko czy ty, ze swoim zdrowiem i energią nie przeżyjesz nas wszystkich? –   zażartowałam wtedy.
Hala, stało się inaczej. Żyjesz w naszej pamięci i ona będzie trwać aż do naszego odejścia. Jeszcze nie raz pójdę z Tobą na spacer,  zwierzę się Tobie ze swoich zmartwień i podzielę radościami. W milczeniu będziemy podziwiać piękno Rawdon, które tak ukochałaś.
Walk with Halina
We had promised each other that after her surgery, when she will recover, we will take long walks together.
– I hope we can make them before the winter – she said.
– You will still manage to enjoy the colors, the smell of wet leaves, and the warm gusts of the autumn wind – I assured.
Today was such a day. The morning sun penetrated through the leafless branches almost sliding over the needles of spruces and pines. Here and there on a lonely twig glittered last red leaf. The striped shadows of the trees lay across the path which I walked with you, Hala. You were exactly the same like before surgery, beautiful, slim, joyful and full of plans for the future. You talked about the upcoming wedding of Lukasz and Arleen, about the wedding ornaments made ​​by your capable and busy hands. Laughing, you told me that in the SPA instead of contemplating you were arranging your kitchen.
“First the wedding, then this treatment” – as you call the operation – “and then I will start to accomplish all my plans.”  Not even for a moment I doubted her words.
I met her like this. Full of enthusiasm of  everything what was touched by her hand. She also loved to read, literally swallowing the books, about which she could talk a lot.  I have known very well her past, but only little her present life – she was quite discreet about this subject. I only have known how  much she loved Edward and her sons. She and Edward invited us to Merida and since this trip our Mexican adventure began. I persuaded her to move to Rawdon. For a long time our homes in  Rawdon and Merida were spaced about the same distance – traversed on foot in 5 minutes. For 7 years we saw each other almost every day. Hala and Edward have become part of our lives.
And now, where is she? In a beautiful forest in Rawdon, or on the beach in Progreso, and perhaps in her colonial home in Merida of which she was so proud? I know she was with me today on a morning walk. I talked to  her being not  ashamed to hold her hand. She saw the tears in my eyes and looked at me with compassion.
– A man lives after death as long as the memories about him are alive – she said once, maybe few years ago. – I wish I would be remembered by relatives and friends.
– There is no need to worry. With your health and energy you will outlive all of us.  – I joked.
Hala, the opposite happened. You are in our memories and they will last until our departure. This wasn’t the last walk with you, they will be many others. In silence, we will admire the beauty of Rawdon, the place you had loved so much. 

Czarny jak heban – opowiadanie na konkurs – Wypisz-wymaluj, jak by to miało być, gdyby mogło być tak, jak się nam nawet nie śniło.

Rys Tina

Rys . fot Tina Nawrocki

copyright Tina Nawrocki

Czarny jak heban – opowiadanie Beaty Gołembiowskiej Nawrockiej

– Skrzetuski, ten był honorowy. Nie to co Bohun. Helena dobrze wybrała.
– Co ty gadasz, ja uwielbiam Bohuna. Walczył o wolność Kozaków. I tak ją kochał!
– Kogo? Ukrainę?
– Nie, Helenę.
– Ale zamordował jej braci.
– Bo go zdradzili.
– Przestańcie się kłócić, sto razy wolę Kmicica niż tych dwóch. A Sketus…, Skatus…, czy jak mu tam…
Niby nic nadzwyczajnego, ot uczniowie rozmawiają na temat Trylogii, która w Polsce jest pewnie lekturą. Opisana przeze mnie wymiana zdań miała jednak miejsce w Montrealu, w Kanadzie, a dyskutującymi byli moje koleżanki i kolega: Malajka – ze Stanów Zjednoczonych, Noori – z Korei, Ken – z Chin. Jedynie ja w całej klasie jestem Polakiem, tylko, że nie białym, ale czarnym. I to nie jakiś odcień brązu, czy „café au lait” – jak mówią Francuzi. Jestem czarny jak smoła – tak pewnego dnia określił mnie jeden z rodaków.
Miałem wtedy sześć lat i pojechałem z tatą na wycieczkę do Toronto. Zatrzymaliśmy się w luksusowym hotelu, w którym wszystko mnie fascynowało, a najbardziej piękna winda wykładana marmurem i mosiężną, złocistą blachą. Jazda nią wydawała mi się zaklętą podróżą w krainie baśni, gdzie za naciśnięciem jednego guzika mogę unieść się w przestworza. Wsiadłem do niej, już nie pamiętam, który raz z rzędu.
– Tato, tato, ja nacisnę – zakrzyknąłem – na wszelki wypadek – chociaż wiadomo było, że ojciec nie pozbawi mnie tej rozkoszy.
– A dla mnie też to możesz zrobić? – stojący w kącie obcy pan odezwał się po polsku.
Zapomniałem o guzikach i o czekającej mnie podróży windą. Nie spodziewałem się usłyszeć polskiej mowy w tym zupełnie obcym miejscu.
– Tato – pociągnąłem ojca za rękaw. – Ten pan mówi po polsku! – ostatnie zdanie wykrzyknąłem, patrząc na nieznajomego ze zdumieniem.
Obcy pan wybuchnął śmiechem.
– Też coś. Czarny jak smoła, a Polak!
Ojciec nacisnął guzik i winda ruszyła. Wyszliśmy z niej bez słowa pożegnania. Dopiero trochę później zrozumiałem, że określenie „czarny jak smoła” nie było miłe.
„Czarny jak heban” – tak tato opisuje kolor mojej skóry. Brzmi to pięknie. I wtedy zapominam o tej smole.
Po tym incydencie z windą, kiedy wróciliśmy do Montrealu, po raz pierwszy w życiu zapytałem mamę i tatę, – „dlaczego jestem czarny?”
– Urodziłeś się na Haiti, a twoi rodzice mieli ten sam kolor skóry, co ty. Zginęli w wypadku samochodowym, oddano cię do sierocińca i jak jeszcze byłeś bardzo malutki, trafiłeś do nas.
W szkole mój kolor skóry nie wzbudza zainteresowania, gdyż uczniowie pochodzą z różnych stron świata. Oburzam się tylko, kiedy ktoś mnie określa – Afrykański Amerykanin.
– Ani Afrykański, ani Amerykanin – wysilam się na najgrzeczniejszy ton. Jestem Polakiem – podkreślam z dumą.
Czuję się nim od zawsze. Już jako dwulatek umiałem wyrecytować – Kto ty jesteś, Polak mały. A potem z niezmiernym zapałem uczyłem się polskich wierszy i przy każdej okazji – urodzin, imienin, zakończeń polskiej szkoły – recytowałem coraz trudniejsze poematy. Nigdy nie zapomnę tego momentu – miałem wtedy osiem lat – gdy po raz pierwszy wziąłem udział w konkursie recytatorskim polskich szkół w Kanadzie i wystąpiłem z Inwokacją Mickiewicza. Stanąłem na środku sali, położyłem na piersi prawą rękę i drżącym ze wzruszenia głosem zacząłem – „Litwo, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie…”
Kiedy skończyłem, rozległ się dosłownie huk oklasków, ludzie powstali z krzeseł, a wielu z nich ocierało łzy. Zdobyłem pierwsze miejsce i przy odbieraniu dyplomu otrzymałem podobnie gromkie brawa.
Z biegiem lat występowanie w polonijnych konkursach recytatorskich stało się dla
mnie już rutynowe. Koleżanki i koledzy z klasy doskonale znają mojego bzika na punkcie
Polski. Nie mogą tylko pojąć, dlaczego tak bardzo przeżywam kulturę i historię kraju, w którym ani się nie urodziłem, ani nigdy w nim nie byłem. Tego drugiego też nie mogę zrozumieć. Pytałem o to rodziców, ale oni zawsze dawali wymijające odpowiedzi. Dominowała w nich ta najbardziej oczywista – „nie mamy pieniędzy”. Przekonuje mnie wystarczająco, gdyż rzeczywiście jesteśmy biedni jak przysłowiowe myszy kościelne. Rodzice – poloniści z wykształcenia, oprócz masy książek przywiezionych jeszcze z Polski, a potem kupowanych przy lada okazji, tak, że każda wolna półka jest nimi wypełniona po brzegi – nie dorobili się niczego. Nie przeszkadza mi to, gdyż uczniowie mojej szkoły – w większości dzieci bardzo niezamożnych emigrantów – wychowują się w podobnych warunkach. Zamiast ubierać się w markowe ciuchy, kupujemy ubrania w Armii Zbawienia i potem przechwalamy się, kto najmniej wydał na swoją kreację. Im bardziej jest dziwaczna, tym większe wzbudza zainteresowanie. Moja szkoła mieści się w olbrzymim, starym – a nawet jak na Kanadę – bardzo starym budynku. Uwielbiam jej popękane mury, skrzypiące schody, sufity ozdobione gipsowymi stiukami, drzwi z obłażącą farbą. Ale najbardziej kocham naszych nauczycieli i dyrektora, Toniego. Ubiera się niezwykle oryginalnie, nosi długie włosy związane z tyłu i namiętnie pali papierosy.
– Idziesz na wagary? – krzyczy, gdy zobaczy ucznia, chyłkiem przemykającego przez szkolne podwórko podczas lekcji.
Uczeń, który po raz pierwszy ma do czynienia z dyrektorem, staje jak wryty, spodziewając się co najmniej ostrej nagany.
– To po drodze kup mi fajki – Toni wychyla się z okna i wyrzuca kilka monet.
Na każdej przerwie, w kącie podwórka, razem z innymi nauczycielami – palaczami, nasz dyrektor wyciąga z kieszeni paczkę papierosów, możliwe, że kupioną przez wagarowicza. Traktujemy tę przywarę z przymrużeniem oka.
Bo, ach, ci nasi belfrowie, co to są za ludzie! Taka na przykład Klotylda, nauczycielka śpiewu. Potrafi ze stu uczniów, z których połowa nie ma słuchu, stworzyć fantastyczny chór, zdobywający nagrody w Kanadzie i poza jej granicami. Wygląda dosyć komicznie, owinięta w bardzo obszerne suknie i długie szale o jaskrawych kolorach. Gdy dyryguje naszym chórem, staje na palcach wykonując taneczne ruchy, a raz, doznając maksymalnej ekstazy, po prostu wypląsała w szalonych podrygach na korytarz, aby natychmiast pojawić się z powrotem – z nadal uniesioną batutą. Nauczyciel angielskiego, Richard, nosi kraciaste marynarki, a do koszuli – zawsze niezwykle kolorowych – doczepia muszkę. Siwe, wiecznie potargane włosy przykrywa staroświeckim melonikiem. To on mnie zaraził miłością do poezji antycznej. Godzinami można z nim dyskutować nie tylko o Odysei czy Iliadzie, ale o wszystkich problemach naszego młodzieńczego wieku. Nauczyciel teatru – przezywamy go Szekspir – jak można się domyśleć, ma bzika na punkcie – Szekspira. Jego lekcje są dla mnie szczytem szczęścia. Odbywają się aż cztery razy w tygodniu i niemalże każda z nich jest próbą do nowo wystawianego przedstawienia. Mimo mojego koloru skóry gram główne role w sztukach włoskich, francuskich, niemieckich i oczywiście angielskich z Szekspirem na czele, gdzie jedynie w Otellu „jestem sobą”.
Jak można odgadnąć z mojego opisu, nasze gimnazjum jest o profilu artystycznym, z poszerzonym programem zajęć plastycznych, muzycznych, teatralnych. W szarych, zniszczonych murach budynku szkolnego mieści się piękna, bardzo ozdobna aula – jedyne pomieszczenie, które świeci wręcz przepychem. Nic dziwnego, że jest dumą naszej szkoły. To w nim odbywają się koncerty orkiestr szkolnych, występy chórów oraz przedstawienia teatralne. Nawet, gdy trzeba wykupić na nie bilety, nigdy nie mamy problemów z frekwencją. Sala zawsze dosłownie trzeszczy w szwach. Jedynie podczas jednego przedstawienia nie byłem pewien, czy widownia nam dopisze. To byli Emigranci Mrożka. Przyniosłem książkę do szkoły i pożyczyłem ją Szekspirowi. Następnego dnia podszedł do mnie na przerwie, trzymając Emigrantów w ręku.
– Idealne dzieło. Jakbym czytał o moich rodzicach – mruczał do siebie, przewracając kartki. – Wystawimy tę sztukę. Będziesz grał tego mądrego, co filozofuje, a Jung – su – prostaka – dodał.
Wbrew moim obawom na pokaz przyszły tłumy. Na widowni czuć było pełne napięcia skupienie. Co jakiś czas ktoś zaśmiał się, pociągnął nosem lub otarł łzy. Kiedy po zakończeniu spektaklu zapadła kurtyna, z zamarłym sercem wsłuchiwałem się w ciszę. Już miałem wpaść w rozpacz, gdy zagrzmiały oklaski, wiwaty, okrzyki. Kurtyna podniosła się i ujrzałem mrowie ludzi o różnych kolorach skóry, w różnym wieku, a wszyscy mieli wymalowane na twarzach zachwyt i wzruszenie. Wywoływano nas już nie pamiętam ile razy, aż w końcu widownia ściągnęła nas ze sceny i grupa naszych kolegów uniosła mnie i Jung Su w górę. W ten sposób zostaliśmy przeniesieni przez całą salę,. Gdy wreszcie znaleźliśmy się na nogach, trafiliśmy w objęcia ludzi, z których prawie każdy był emigrantem.

*

Minął rok od napisania tych wspomnień. W maju, jako jeden z najlepszych uczniów ukończyłem naszą szkołę. Nigdy jej nie zapomnę. Zdałem sobie sprawę, że i jej nazwa ma dla mnie znaczenie – Fine Art Core Education w skrócie F.A.C.E – twarz. W tej szkole moja twarz stała się ważnym, wartościowym elementem. Miała kolor hebanu, a nie smoły.
W szkolnej pamięci zostałem na zawsze jako czarny Polak. Przez cztery lata zdążyłem wyedukować moich przyjaciół z klasy w polskiej historii i literaturze. Na przerwach czytaliśmy: Sienkiewicza, Mickiewicza, Miłosza i Szymborską. Nie raz wywiązywała się dyskusja podobna do tej, opisanej przeze mnie na początku moich wspomnień. Również polskie filmy cieszyły się wielką popularnością. Przeżywaliśmy dzieła: Wajdy, Kieślowskiego, Zanussiego i Holland, radowały nas sukcesy reżyserów młodszego pokolenia.
Dla mnie wielkim wydarzeniem była montrealska premiera kinowa „Pana Tadeusza”. Przecież to Inwokacja otworzyła mi drogę do aktorstwa. Na film poszedłem z rodzicami. Odebraliśmy go tak samo – ze wzruszeniem, w chwili śmierci Robaka, z zachwytem – przy scenach sielskiego życia polskiego dworu, z odczuciem smutku i grozy – podczas momentów kłótni i walk.
Od razu kupiłem film na DVD i pożyczyłem go najpierw Malajce. Obiecała go obejrzeć jeszcze tego samego dnia i przekazać go innym, gdyż wszyscy z mojej klasy koniecznie chcieli film zobaczyć. W środku nocy obudził mnie telefon. Podniosłem słuchawkę, wściekły, że ktoś mnie budzi o takiej porze. Usłyszałem spazmatyczny płacz dziewczyny. Była to Malajka.
– Adam, Robak umarł – wyjąkała tragicznym głosem.
Jeszcze nie raz, z rodzicami i przyjaciółmi rozmawiałem o filmie. Tuż po zakończeniu szkoły, przy wystawnej kolacji na moją cześć, też zahaczyliśmy na temat Mickiewicza – przecież nosiłem jego imię. Około północy rodzice kazali mi zamknąć oczy i wyciągnąć ręce.
– Już możesz otworzyć! – mama zakrzyknęła podnieconym głosem.
Na mojej dłoni leżała koperta. Otwierałem ją powoli, wydobywając z niej złożoną kartkę papieru – bilet do Polski! Nie potrafiłem powstrzymać łez. Rozpłakałem się jak bóbr, a potem rzuciłem się w ramiona mamy i taty.

Podróż po ojczyźnie była bajkowa. Zobaczyłem Kraków, Gdańsk, Warszawę, Poznań Wrocław, pojechałem do Puszczy Białowieskiej, nad morze i w góry. Nigdy nie widziałem tak cudownego kraju! I nie dlatego, że to była moja pierwsza wyprawa poza granice Kanady i jeszcze nie odwiedziłem innych państw europejskich, które podobno są znacznie piękniejsze niż Polska. Dla mnie jednak mój kraj to nie tylko uroda miast czy wsi. Przecież tam wszyscy mówią w polskiej mowie! Początkowo upajałem się nią tak, że prawie nie dochodziły do moich uszu niektóre bardzo niemiłe uwagi pod moim adresem. Epitety – czarnuch, asfalt, murzynek Bambo – starałem się ignorować. A jednak długo siedziały w mojej świadomości i radość z poznawania ukochanej Polski została nimi zatruta. Niektóre reakcje ludzi, zwłaszcza w małych miasteczkach, też nie były przyjemne, ale przynajmniej nie miały podtekstu rasistowskiego. Raz, w Białowieży, kobieta prowadząca wózek z niemowlakiem, na mój widok zostawiła go na środku chodnika i podbiegła do mnie. Spytała się łamaną angielszczyzną, czy może dotknąć moich włosów. Gdy usłyszała moją odpowiedź w czystej polszczyźnie, otworzyła szeroko usta i stała tak przez dłuższą chwilę, aż płacz zostawionego w wózku dziecka przywrócił ją do normalnego stanu. Zrozumiałem, dlaczego rodzice nie chcieli mnie wysłać do Polski w wieku dziecięcym. Te incydenty mogłyby zabić moją miłość do „kraju tego, gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi przez uszanowanie dla darów nieba…” – jak to pięknie opisuje Norwid.
Po powrocie do Kanady, opowiadając rodzicom o Polsce, przemilczałem niemiłe momenty, koncentrując się wyłącznie na najwspanialszych wrażeniach. Ze wzruszeniem słuchali o odnowionych miastach, efektownie urządzonych restauracjach, sklepach i centrach handlowych, które są przepełnione towarami, a nie jak za ich czasów – świecące pustkami. Zadawali pytania o znajome kąty, oglądali zdjęcia i kilka krótkich, przeze mnie nakręconych filmów. Okrzykom zachwytów nie było końca.

Na spotkanie z przyjaciółmi umówiłem się w parku na górze Mount Royal. Każdy przyniósł coś do jedzenia i do picia. Rozłożyliśmy koce na trawie, usiedliśmy i zamiast rzucić się na prowianty, wszyscy wlepili we mnie wzrok.
– No opowiadaj, jak było! – pierwsza Malajka zaczęła się upominać o moje wrażenia z podróży.
Opisałem moją ojczyznę najpiękniej, jak umiałem. Wpatrywałem się w zasłuchane, przejęte twarze moich przyjaciół. Każda z nich była tak inna! Jedne były czarne jak heban – jak moja i Gulama – Hindusa, inne koloru kawy z mlekiem – Malajki i jej najlepszej przyjaciółki – Zarrin, białe jak śnieg Irlandczyków, piegowate Szkotów, śniade Indian, o różowych policzkach – Rosjan i Czechów. Gdy zakończyłem opowiadanie, posypały się pytania.
– A jak z rasizmem u Polaków? – niestety padło i to.
Z ociąganiem opowiedziałem im o kilku niemiłych incydentach
– I ty chciałbyś tam żyć? – zapytała Malajka. W jej oczach wyczytałem rozczarowanie i smutek.
Potoczyłem wzrokiem po wszystkich zebranych. I wtedy uświadomiłem sobie, jak jest nieistotne, że pochodzimy z różnych krajów, mamy inne kolory skóry, wyznajemy odmienne religie, albo nie wierzymy w Boga. Łączy nas jedna wielka sprawa, której na imię tolerancja. Dzięki niej tak dobrze czuję się w Kanadzie. I właśnie tutaj mogę kochać Polskę o wiele lepiej. Bo tylko człowiek szczęśliwy potrafi tak naprawdę dzielić się miłością z innymi i obdarzyć wielkim uczuciem swój kraj. Polska będzie dla mnie zawsze tym wyśnionym, bajkowym światem, o bogatej kulturze, ciekawej historii, wspaniałych ludziach. A o tych niedobrych rzeczach, które tak mnie zabolały, łatwiej jest zapomnieć, kiedy nie spotykam się z nimi na co dzień. Zrozumiałem patriotyzm moich rodziców. I chociaż są biali, a nie czarni, oni też wolą kochać Polskę na odległość. Żyć w bajkowej iluzji.
Przekonany, że dokonałem słusznego wyboru, już miałem odpowiedzieć Malajce – „zostaję tutaj”, gdy nagle zacząłem ponownie rozważać swoje przemyślenia.
„Czy taka miłość jest lepsza? Czy w ogóle można nazwać ją miłością? Może powinienem pojechać do ojczyzny i walczyć, aby każdy człowiek o odmiennym kolorze skóry mógł czuć się w Polsce tak dobrze, jak w Kanadzie?
– Pojadę tam. Może kiedyś, jak Obama, zostanę polskim prezydentem? Będę walczył, aby mój kraj był najlepszy ze wszystkich.
Przyjaciele popatrzyli na siebie z powątpiewaniem, ale też i z podziwem.
– Chce się bić, jak każdy Polak.
– Jak Kmicic.
– Jak Wołodyjowski.
– Zapomnieliście o Podbipięcie?
– No chyba, nie jak Zagłoba.
– Coś ty, on też był patriotą. Na swój sposób.
Dyskusja nabrała wigoru, jak zwykle, kiedy dotyczyła Trylogii. Przysłuchiwałem się jej w milczeniu, z uśmiechem na ustach. Byłem dumny, że dzięki mnie moi przyjaciele, tak jak ja, pokochali polską literaturę i historię. W tego prezydenta to za bardzo nie wierzę, ale cuda się zdarzają. Przecież, gdy Martin Luter King miał swoje słynne przemówienie – „Mam marzenie”, nie przypuszczał, że Amerykanie wybiorą Baraka Obamę. W Polsce są ludzie o odmiennych wyznaniach, światopoglądach, narodowościach i nawet kolorach skóry. Oni powinni czuć się w ojczyźnie, jak my w naszej klasie. Ja, jako czarny, polski prezydent będę walczyć o ich prawa. I wtedy Polska będzie świeciła przykładem dla wszystkich narodów.
– Pojadę z tobą – Malajka poderwała się na równe nogi, podeszła do mnie i wzięła mnie za rękę.
– No to mamy Baraka i Michelle, przyszłą parę prezydencką Rzeczpospolitej Polskiej – ktoś zażartował.
Ściskałem dłoń Malajki i czułem, że we mnie narasta miłość, inna, ale równie piękna, jak ta do Polski. Gotowa do poświęceń i bohaterskich czynów.

Zabijanie słowem

DSC_3054

Dlaczego nie idzie się za to do więzienia? Dlaczego nie ma na to kary? Osoba zabijana słowami przeżywa powolne konanie .  Iluż znamy takich ludzi? Opowiadają o swoich związkach, o rodzinie. Jakże wiele w nich niemiłych, albo wręcz brutalnych słów. Zaczynały się już w dzieciństwie – „dla ich dobra”. Potem szkoła i nauczyciele szafujący krytyką, koledzy i koleżanki zazdrośni o sukcesy czy o powodzenie na płaszczyźnie towarzyskiej. Jedynie nieliczni umieją sobie z tym poradzić.  A w każdym z nas drzemie tęsknota za dobrymi słowami. I może nie za szaleńczą i romantyczną miłością – szczególnie,  gdy już wiek podeszły się zbliża, ale za życzliwością, uśmiechem, pogodną atmosferą. Do rozpoczęcia dnia od słowa – „kochanie” i do wieczornego przytulenia. Dlaczego jest to takie trudne? Dlaczego dom traktujemy jak śmietnik? Na zewnątrz potrafimy być mili, uśmiechnięci, a po przekroczeniu progu własnego mieszkania opada z nas maska i wyłania się potwór. Wykrzyczymy sobie – ulży nam i potem czasami czujemy wyrzuty sumienia, szczególnie, gdy widzimy łzy w oczach drugiej „ kochanej” osoby. Niektórzy potrafią przeprosić, większość nie. Ale i jedni i drudzy się nie zmieniają. Uważają to za normę. Bo przecież nie biją. Są dobrymi ludźmi. A że czasem wypśnie im się niedobre słowo, albo cała ich litania?  Oni szybko zapominają, a ich „ofiary” nie. Siedzi to w ich świadomości i rani. Zabija miłość, rodzi obojętność, potrafi zamienić się w nienawiść. W ten sposób tworzy  się piekło na ziemi. I nie potrzeba do tego wojny i głodu, choroby czy śmierci. Wystarczą słowa.