Tygrys bez pasów?

tygrys i KKK

Czy Tygrys może pozbyć się pasów?  Pod takim intrygującym tytułem kryła się audycja radiowa na temat…     współczesnego Ku Klux Klanu. Słuchałam jej w drodze z Rawdon do Montrealu i mimo śliskiej szosy co rusz puszczałam jedną ręką kierownicę  i „czyściłam uszy i przecierałam oczy” – dosłownie i w przenośni.  To, co usłyszałam, wprawiłoby w zdumienie każdego. Otóż jeden oddział zakapturzonych, znanych z niecnych, często zbrodniczych czynów „rycerzy” otworzył swoje podwoje dla : Żydów, Murzynów i Muzułmanów. Do tej pory z tego zaproszenia skorzystał tylko jeden Murzyn  – potencjalna ofiara zamieniła się w członka zbrodniczej grupy, która ma na celu prześladowanie  takich jak on. To z nim był wywiad w radio. Dziennikarz zasypał go pytaniami – Dlaczego to zrobił, czy to coś zmieni, i wreszcie  – czy tygrys może pozbyć się pasów?

Z wielką uwagą słuchałam wywiadu i argumentów pierwszego w historii czarnego kukluxklanisty.

„ Uważam, że tylko bezpośredni kontakt z tymi ludźmi może wpłynąć na zmianę ich poglądów.  Gdy poznali mnie lepiej, nie tylko na spotkaniach Klanu, ale również na prywatnych przyjęciach, łącznie z moimi urodzinami, na które przybyło 10 – ciu  moich „nowych przyjaciół” , ich nienawiść skierowana do ludzi o odrębnym kolorze skóry czy innego wyznania zaczęła łagodnieć. Początkowo były to uwagi typu – „ wszystkich czarnych należy tępić, ale ty jesteś wyjątkiem” lecz potem te wyjątki rozszerzyły się na moją rodzinę i przyjaciół. Już kilkanaście członków Klanu wyszło z grupy i oddało mi swoje sznury i kaptury, manifestując w ten sposób zmianę swoich przekonań.  Wierzę, że w ten sposób można łatwiej zmienić skrajne poglądy niż poprzez ogólne tępienie i prześladowanie stowarzyszeń je szerzących. Zamiast narzekać na faszyzm, antysemityzm  i rasizm chciałem swoim aktem zbliżenia się do moich wrogów uczynić pierwszy krok, który może zmienić zapatrywania wielu osób.”

Chylę czoła przed takimi ludźmi. Podziwiam ich i wierzę, że „oni są sola tej ziemi”.

Kresowa opowieść “Michał” i “Julia” Edwarda Łysiaka

kresowa_opowiesc_Michal_plakat kresowa_opowiesc_Julia_plakat

„ Tu, na tej ziemi Polacy, Żydzi, Ukraińcy i Ormianie żyją.  Mieszkają obok siebie, lubią się, taj i nie lubią, ale mur jakby między nimi jest. Nasz Pan go nie postawił, królu ty mój. Mury zbudowali my same” – tymi słowami Edward Jakubowski przemówił do wnuka Michała.

Jakże trafne były jego słowa, opisujące egzystencję czterech narodowości od wieków żyjących obok siebie w przecudownej, lecz też niełatwej do życia krainie zwanej Pokuciem. O jej historii, zaczynającej się od Kazimierza Wielkiego, który te tereny wcielił do Polski dowiadujemy się już na początku „Michała” – pierwszego tomu „Kresowej opowieści” Edwarda Łysiaka. Nazwy: Czeremosz, Huculi, połoniny są mi znane z pieśni czy z obrazów polskich mistrzów okresu Młodej Polski. I na tym moja wiedza się urywa. Lektura „Michała” bardzo dokładnie wprowadza czytelnika w tę mało znaną dla mnie i pewnie dla wielu Polaków krainę, która przez wiele wieków do nas należała, chociaż polska ludność stanowiła zaledwie jej mały odsetek.

Przerzucając pierwsze karty Michała przechadzamy się z jednej miejscowości do drugiej, spotykając ich mieszkańców, zajętych swoimi codziennymi czynnościami. Niektórzy od razu wzbudzają sympatię, a inni z kolei niepokój. Przecież wiadomo, jakie były reperkusje budzenia się świadomości narodowej Ukraińców w tym okresie.  A akcja książki zaczyna się wprawdzie w 1930 roku, kiedy główni bohaterowie są jeszcze bardzo młodzi, ale można już wyczuć, że niedługo…

Na razie bawią się razem – Żyd – Izaak, Polacy – Michał i Grzegorz, Ukraińcy – Roman, Fedor i Stiepan. Lecz jakże szybko zaczyna wyrastać pomiędzy nimi mur – ten sam, o którym wspomina dziadek Jakubowski.  Na Pokuciu napięcie wzmaga się. Ludzie zaczynają wrogo na siebie spoglądać, a złowieszcza fala ukraińskiego nacjonalizmu rozlewa się zagarniając coraz większe grupy ludzi.

„Michał” to powieść wielowątkowa.  Czytelnik znajdzie w niej wszystko – ciekawą, przejmującą, okrutną historię tych ziem, na której tle odgrywają się ludzkie dramaty. Opisy przyrody, zwyczajów, religii, całe teksty pieśni w języku ukraińskim i polskim są kopalnią wiedzy o terenach znanych nam jedynie z literatury czy z opowiadań dziadków.  Przez lata wojny i komunizmu ta kraina została odgrodzona potężnym murem.  Dopiero od czasu odzyskania przez Polskę wolności wzrosło zainteresowanie tak skomplikowaną historią Kresów. Autor w „Michale” poradził sobie znakomicie z przybliżeniem jej czytelnikowi.  Początkowo gubiłam się w imionach i nazwiskach bohaterów i z trudem śledziłam ich burzliwe losy. Zastanawiałam się nawet, czy nie można by było zmniejszyć ich liczby. A jednak złożoność historii tej ziemi jest tak duża, że nie sposób jej opowiedzieć fragmentarycznie. Zwłaszcza, że tworzą ją ludzie, którzy żyjąc obok siebie tak różnią się narodowością , wyznaniem , obyczajami.   Gdy nadchodzi zawierucha wojenna wyłaniają się z nich zaślepieni nacjonalizmem okrutni mordercy i bohaterowie, którzy z narażeniem życia ratują innych.

Nie ma w tej książce biernych postaci, które jedynie przypatrują się z daleka zawirowaniom wojennym. Każda z nich musi wziąć w nich udział, chociaż nie raz jest w nie wepchnięta z czystego przypadku.  Michał – główny bohater zostaje zaangażowany w niezwykle niebezpieczną misję, której reperkusje będzie odczuwał nawet po wojnie, kiedy wreszcie powróci do swojej ukochanej żony Julii.

Akcja „Julii” rozgrywa się na przestrzeni lat tuż powojennych aż do współczesnych. Zdawałoby się, że w porównaniu do tak okrutnych czasów akcji „Michała”, można będzie wreszcie odetchnąć z ulgą i spokojnie prześledzić losy bohaterów. A jednak rany zadane na duszy ludzi, którzy tyle przecierpieli nie goją się tak szybko. Prześladuje ich zagmatwana przeszłość. Dodatkowe napięcie buduje wątek kryminalny, który sprowadza czytelnika z powrotem na Pokucie, do współczesnej Ukrainy. Czy tak bardzo zmienionej od czasów wojny?

„Michał” i „Julia” – dwa tomy opowieści kresowej nadawałyby się świetnie na scenariusz filmu Wojciecha Smarzowskiego, reżysera, który podejmuje tematy niezwykle powikłane i odkrywa mało znane karty polskiej historii, w której nie ma czarno – białych zachowań i rozwiązań.

Miłość ci wszystko wybaczy – z podziękowaniami dla Marii Nurowskiej

Irena Anders

Miłość ci wszystko wybaczy – tak wielokrotnie śpiewała Irena Anders – piosenkarka, aktorka. Do historii przeszła jako żona generała Andersa. Pierwsza żona, też Irena Anders nie śpiewała tej piosenki, ale jej słowa zamieniła w czyn. Tak naprawdę to ona miała co wybaczać i zrobiła to w wielkim stylu. Z trudem odnajduję jej dwa zdjęcia w Internecie.  Na jej nieszczęście ma takie samo imię jak druga żona generała i wszędzie wyskakują informacje i fotografie „ młodej generałowej”. Ta stara odeszła nie tylko wtedy, kiedy stęskniona przyjechała do męża do Włoch, aby dowiedzieć się, że jest ta druga, młoda, w wieku jej córki.  Została wyparta przez tę pierwszą z historii, z pamięci.  Maria Nurowska w książce „Anders”  przypomniała o jej istnieniu, ale niestety nie na tyle, aby zaciekawić tą postacią szerszą publiczność. No bo co jest interesującego w kobiecie, która latami czeka na spotkanie z byłym mężem, borykając się w międzyczasie z biedą i poniżeniem, które znosi z bohaterską godnością.  Ten spokój, oddanie, zdolność przebaczenia, które można odczytać z jej listów wzruszyły mnie tak bardzo, że „stara generałowa” weszła w poczet ludzi, których określam mianem bohaterów. Nie słyszy się o nich w mediach, nie stawia się im pomników. Jakże często dowiadujemy się o nich zupełnie przypadkowo, tak jak to miało miejsce z Ireną Sendlerową. Prawdziwe cnoty są ciche. Czy są one podziwiane przez świat? Słowo bohater, bohaterstwo odmienia się przez wiele przypadków. Współczesnymi bohaterami są to opłacani milionami sportowcy i aktorzy, cwani politycy, milionerzy, którzy zdobyli fortuny na nieczystych interesach – ogólnie tacy, co odnieśli „sukces”.  I zamiast wywoływać uczucie niesmaku i podkopywać naszą wiarę w człowieka, czyta się  o nich z wypiekami na twarzy.

Dla mnie to, że żyję w tym samym mieście, co Władek, ma wielką wartość. Mimo, że się nie widujemy, wiem, że on jest gdzieś obok i to mnie uspakaja. To już nie jest to cierpienie, jakiego doznałam we Włoszech. Ale czy tamta chce tego czy nie, to ja jestem jego żoną i będę nią już do śmierci jego czy mojej, tak jak przysięgałam.

 Tak pisała „stara generałowa” do przyjaciółki, odrzucając w liście ofertę pomocy finansowej, chociaż pracowała wtedy całymi dniami jako prosta szwaczka. Z czasem stanęła na nogi, otworzyła własną pracownię krawiecką wykonywującą zamówienia dla wielkich dam. Dzięki pośrednictwu córki  „młodej generałowej”,  jak na ironię też Anny – znowu imię się powtarza (córka „starej generałowej też ma na imię Anna)  dochodzi do spotkania dwóch żon. Miłość ci wszystko wybaczy – przekaz znanego szlagieru Irena Anders – pierwsza żona generała wprowadziła w życie.

Dziękuję Marii Nurowskiej za fascynującą lekturę. Pozdrawiam z dalekiego Rawdon w Kanadzie, miejsca, gdzie żyła i została pochowana Hanka Anders, córka „starej generałowej” i Władysława Andersa.  Miałam szczęście ją poznać na kilka miesięcy przed jej śmiercią.