Kresowa opowieść “Michał” i “Julia” Edwarda Łysiaka

kresowa_opowiesc_Michal_plakat kresowa_opowiesc_Julia_plakat

„ Tu, na tej ziemi Polacy, Żydzi, Ukraińcy i Ormianie żyją.  Mieszkają obok siebie, lubią się, taj i nie lubią, ale mur jakby między nimi jest. Nasz Pan go nie postawił, królu ty mój. Mury zbudowali my same” – tymi słowami Edward Jakubowski przemówił do wnuka Michała.

Jakże trafne były jego słowa, opisujące egzystencję czterech narodowości od wieków żyjących obok siebie w przecudownej, lecz też niełatwej do życia krainie zwanej Pokuciem. O jej historii, zaczynającej się od Kazimierza Wielkiego, który te tereny wcielił do Polski dowiadujemy się już na początku „Michała” – pierwszego tomu „Kresowej opowieści” Edwarda Łysiaka. Nazwy: Czeremosz, Huculi, połoniny są mi znane z pieśni czy z obrazów polskich mistrzów okresu Młodej Polski. I na tym moja wiedza się urywa. Lektura „Michała” bardzo dokładnie wprowadza czytelnika w tę mało znaną dla mnie i pewnie dla wielu Polaków krainę, która przez wiele wieków do nas należała, chociaż polska ludność stanowiła zaledwie jej mały odsetek.

Przerzucając pierwsze karty Michała przechadzamy się z jednej miejscowości do drugiej, spotykając ich mieszkańców, zajętych swoimi codziennymi czynnościami. Niektórzy od razu wzbudzają sympatię, a inni z kolei niepokój. Przecież wiadomo, jakie były reperkusje budzenia się świadomości narodowej Ukraińców w tym okresie.  A akcja książki zaczyna się wprawdzie w 1930 roku, kiedy główni bohaterowie są jeszcze bardzo młodzi, ale można już wyczuć, że niedługo…

Na razie bawią się razem – Żyd – Izaak, Polacy – Michał i Grzegorz, Ukraińcy – Roman, Fedor i Stiepan. Lecz jakże szybko zaczyna wyrastać pomiędzy nimi mur – ten sam, o którym wspomina dziadek Jakubowski.  Na Pokuciu napięcie wzmaga się. Ludzie zaczynają wrogo na siebie spoglądać, a złowieszcza fala ukraińskiego nacjonalizmu rozlewa się zagarniając coraz większe grupy ludzi.

„Michał” to powieść wielowątkowa.  Czytelnik znajdzie w niej wszystko – ciekawą, przejmującą, okrutną historię tych ziem, na której tle odgrywają się ludzkie dramaty. Opisy przyrody, zwyczajów, religii, całe teksty pieśni w języku ukraińskim i polskim są kopalnią wiedzy o terenach znanych nam jedynie z literatury czy z opowiadań dziadków.  Przez lata wojny i komunizmu ta kraina została odgrodzona potężnym murem.  Dopiero od czasu odzyskania przez Polskę wolności wzrosło zainteresowanie tak skomplikowaną historią Kresów. Autor w „Michale” poradził sobie znakomicie z przybliżeniem jej czytelnikowi.  Początkowo gubiłam się w imionach i nazwiskach bohaterów i z trudem śledziłam ich burzliwe losy. Zastanawiałam się nawet, czy nie można by było zmniejszyć ich liczby. A jednak złożoność historii tej ziemi jest tak duża, że nie sposób jej opowiedzieć fragmentarycznie. Zwłaszcza, że tworzą ją ludzie, którzy żyjąc obok siebie tak różnią się narodowością , wyznaniem , obyczajami.   Gdy nadchodzi zawierucha wojenna wyłaniają się z nich zaślepieni nacjonalizmem okrutni mordercy i bohaterowie, którzy z narażeniem życia ratują innych.

Nie ma w tej książce biernych postaci, które jedynie przypatrują się z daleka zawirowaniom wojennym. Każda z nich musi wziąć w nich udział, chociaż nie raz jest w nie wepchnięta z czystego przypadku.  Michał – główny bohater zostaje zaangażowany w niezwykle niebezpieczną misję, której reperkusje będzie odczuwał nawet po wojnie, kiedy wreszcie powróci do swojej ukochanej żony Julii.

Akcja „Julii” rozgrywa się na przestrzeni lat tuż powojennych aż do współczesnych. Zdawałoby się, że w porównaniu do tak okrutnych czasów akcji „Michała”, można będzie wreszcie odetchnąć z ulgą i spokojnie prześledzić losy bohaterów. A jednak rany zadane na duszy ludzi, którzy tyle przecierpieli nie goją się tak szybko. Prześladuje ich zagmatwana przeszłość. Dodatkowe napięcie buduje wątek kryminalny, który sprowadza czytelnika z powrotem na Pokucie, do współczesnej Ukrainy. Czy tak bardzo zmienionej od czasów wojny?

„Michał” i „Julia” – dwa tomy opowieści kresowej nadawałyby się świetnie na scenariusz filmu Wojciecha Smarzowskiego, reżysera, który podejmuje tematy niezwykle powikłane i odkrywa mało znane karty polskiej historii, w której nie ma czarno – białych zachowań i rozwiązań.

Advertisements

Miłość ci wszystko wybaczy – z podziękowaniami dla Marii Nurowskiej

Irena Anders

Miłość ci wszystko wybaczy – tak wielokrotnie śpiewała Irena Anders – piosenkarka, aktorka. Do historii przeszła jako żona generała Andersa. Pierwsza żona, też Irena Anders nie śpiewała tej piosenki, ale jej słowa zamieniła w czyn. Tak naprawdę to ona miała co wybaczać i zrobiła to w wielkim stylu. Z trudem odnajduję jej dwa zdjęcia w Internecie.  Na jej nieszczęście ma takie samo imię jak druga żona generała i wszędzie wyskakują informacje i fotografie „ młodej generałowej”. Ta stara odeszła nie tylko wtedy, kiedy stęskniona przyjechała do męża do Włoch, aby dowiedzieć się, że jest ta druga, młoda, w wieku jej córki.  Została wyparta przez tę pierwszą z historii, z pamięci.  Maria Nurowska w książce „Anders”  przypomniała o jej istnieniu, ale niestety nie na tyle, aby zaciekawić tą postacią szerszą publiczność. No bo co jest interesującego w kobiecie, która latami czeka na spotkanie z byłym mężem, borykając się w międzyczasie z biedą i poniżeniem, które znosi z bohaterską godnością.  Ten spokój, oddanie, zdolność przebaczenia, które można odczytać z jej listów wzruszyły mnie tak bardzo, że „stara generałowa” weszła w poczet ludzi, których określam mianem bohaterów. Nie słyszy się o nich w mediach, nie stawia się im pomników. Jakże często dowiadujemy się o nich zupełnie przypadkowo, tak jak to miało miejsce z Ireną Sendlerową. Prawdziwe cnoty są ciche. Czy są one podziwiane przez świat? Słowo bohater, bohaterstwo odmienia się przez wiele przypadków. Współczesnymi bohaterami są to opłacani milionami sportowcy i aktorzy, cwani politycy, milionerzy, którzy zdobyli fortuny na nieczystych interesach – ogólnie tacy, co odnieśli „sukces”.  I zamiast wywoływać uczucie niesmaku i podkopywać naszą wiarę w człowieka, czyta się  o nich z wypiekami na twarzy.

Dla mnie to, że żyję w tym samym mieście, co Władek, ma wielką wartość. Mimo, że się nie widujemy, wiem, że on jest gdzieś obok i to mnie uspakaja. To już nie jest to cierpienie, jakiego doznałam we Włoszech. Ale czy tamta chce tego czy nie, to ja jestem jego żoną i będę nią już do śmierci jego czy mojej, tak jak przysięgałam.

 Tak pisała „stara generałowa” do przyjaciółki, odrzucając w liście ofertę pomocy finansowej, chociaż pracowała wtedy całymi dniami jako prosta szwaczka. Z czasem stanęła na nogi, otworzyła własną pracownię krawiecką wykonywującą zamówienia dla wielkich dam. Dzięki pośrednictwu córki  „młodej generałowej”,  jak na ironię też Anny – znowu imię się powtarza (córka „starej generałowej też ma na imię Anna)  dochodzi do spotkania dwóch żon. Miłość ci wszystko wybaczy – przekaz znanego szlagieru Irena Anders – pierwsza żona generała wprowadziła w życie.

Dziękuję Marii Nurowskiej za fascynującą lekturę. Pozdrawiam z dalekiego Rawdon w Kanadzie, miejsca, gdzie żyła i została pochowana Hanka Anders, córka „starej generałowej” i Władysława Andersa.  Miałam szczęście ją poznać na kilka miesięcy przed jej śmiercią.

Spacer z Haliną, Walking with Halina

DSC_0046 (2) copy

Spacer z Haliną
Obiecywałyśmy sobie, że po Twojej operacji, gdy wyzdrowiejesz, będziemy chodzić razem na długie spacery.
               – Żeby tylko zdążyć przed zimą – mówiłaś.
                – Jeszcze nacieszysz się kolorami, zapachem wilgotnych liści, ciepłymi podmuchami jesiennego wiatru – zapewniałam.
Dzisiaj był taki dzień. Poranne słońce przedzierało się przez już prawie bezlistne gałęzie, ślizgając się po igłach świerków i sosen. Gdzieniegdzie  na samotnej gałązce błyszczał czerwienią ostatni listek. Cienie pni drzew kładły się pasami na ścieżce, po której szłam z Tobą, Hala. Byłaś taka, jak przed operacją, piękna, szczupła, radosna, pełna planów na przyszłość. Opowiadałaś o nadchodzącym ślubie Łukasza i Arleen, cieszyłaś się wszystkimi ozdobami wykonanymi przez Twoje zdolne i pracowite ręce. Ze śmiechem opowiadałaś, ze w SPA zamiast oddać się kontemplacji urządzałaś swoją kuchnię.
„Najpierw ślub, potem ten zabieg”– tak nazwałaś operację – „a potem zacznę realizować wszystkie moje plany. Ani na chwilę w to nie wątpiłam.
Taką ją poznałam. Pełną zapału do wszystkiego, czego dotknęły jej ręce. Uwielbiała też czytać, dosłownie połykając książki, o których potem mi opowiadała. Bardzo dobrze znałam jej przeszłość, lecz niewiele mi opowiadała o swoim osobistym, teraźniejszym życiu. Wiedziałam tylko, jak bardzo kochała Edwarda i swoich synów. Była pierwszą czytelniczką maszynopisów moich książek. To ona i Edward zaprosili nas do Meridy i od tej podróży zaczęła się nasza meksykańska przygoda. Ja namówiłam ją na przeprowadzkę do Rawdon. Przez dłuższy czas nasze domy i w Rawdon i w Meridzie były oddalone o ten sam dystans, pokonywany na piechotę w 5 min. Przez 7 lat widywaliśmy się prawie codziennie. Hala i Edward stali się częścią naszego życia.
A teraz, gdzie ona jest? Czy w pięknym lesie w Rawdon, czy na plaży w Progreso, a może w swoim kolonialnym domu w Meridzie, z którego była tak dumna? Wiem, że była dzisiaj ze mną na porannym spacerze.  Rozmawiałam z nią i nie wstydziłam się wziąć jej za rękę. Zauważyła łzy w moich oczach i spojrzała na mnie ze współczuciem.
– Człowiek żyje po śmierci tak długo, jak trwa po nim pamięć –  powiedziałaś kiedyś, może kilka lat temu.  –  Chciałabym, aby wspominali mnie najbliżsi i przyjaciele.
– O to nie musisz się martwić. Tylko czy ty, ze swoim zdrowiem i energią nie przeżyjesz nas wszystkich? –   zażartowałam wtedy.
Hala, stało się inaczej. Żyjesz w naszej pamięci i ona będzie trwać aż do naszego odejścia. Jeszcze nie raz pójdę z Tobą na spacer,  zwierzę się Tobie ze swoich zmartwień i podzielę radościami. W milczeniu będziemy podziwiać piękno Rawdon, które tak ukochałaś.
Walk with Halina
We had promised each other that after her surgery, when she will recover, we will take long walks together.
– I hope we can make them before the winter – she said.
– You will still manage to enjoy the colors, the smell of wet leaves, and the warm gusts of the autumn wind – I assured.
Today was such a day. The morning sun penetrated through the leafless branches almost sliding over the needles of spruces and pines. Here and there on a lonely twig glittered last red leaf. The striped shadows of the trees lay across the path which I walked with you, Hala. You were exactly the same like before surgery, beautiful, slim, joyful and full of plans for the future. You talked about the upcoming wedding of Lukasz and Arleen, about the wedding ornaments made ​​by your capable and busy hands. Laughing, you told me that in the SPA instead of contemplating you were arranging your kitchen.
“First the wedding, then this treatment” – as you call the operation – “and then I will start to accomplish all my plans.”  Not even for a moment I doubted her words.
I met her like this. Full of enthusiasm of  everything what was touched by her hand. She also loved to read, literally swallowing the books, about which she could talk a lot.  I have known very well her past, but only little her present life – she was quite discreet about this subject. I only have known how  much she loved Edward and her sons. She and Edward invited us to Merida and since this trip our Mexican adventure began. I persuaded her to move to Rawdon. For a long time our homes in  Rawdon and Merida were spaced about the same distance – traversed on foot in 5 minutes. For 7 years we saw each other almost every day. Hala and Edward have become part of our lives.
And now, where is she? In a beautiful forest in Rawdon, or on the beach in Progreso, and perhaps in her colonial home in Merida of which she was so proud? I know she was with me today on a morning walk. I talked to  her being not  ashamed to hold her hand. She saw the tears in my eyes and looked at me with compassion.
– A man lives after death as long as the memories about him are alive – she said once, maybe few years ago. – I wish I would be remembered by relatives and friends.
– There is no need to worry. With your health and energy you will outlive all of us.  – I joked.
Hala, the opposite happened. You are in our memories and they will last until our departure. This wasn’t the last walk with you, they will be many others. In silence, we will admire the beauty of Rawdon, the place you had loved so much. 

Czarny jak heban – opowiadanie na konkurs – Wypisz-wymaluj, jak by to miało być, gdyby mogło być tak, jak się nam nawet nie śniło.

Rys Tina

Rys . fot Tina Nawrocki

copyright Tina Nawrocki

Czarny jak heban – opowiadanie Beaty Gołembiowskiej Nawrockiej

– Skrzetuski, ten był honorowy. Nie to co Bohun. Helena dobrze wybrała.
– Co ty gadasz, ja uwielbiam Bohuna. Walczył o wolność Kozaków. I tak ją kochał!
– Kogo? Ukrainę?
– Nie, Helenę.
– Ale zamordował jej braci.
– Bo go zdradzili.
– Przestańcie się kłócić, sto razy wolę Kmicica niż tych dwóch. A Sketus…, Skatus…, czy jak mu tam…
Niby nic nadzwyczajnego, ot uczniowie rozmawiają na temat Trylogii, która w Polsce jest pewnie lekturą. Opisana przeze mnie wymiana zdań miała jednak miejsce w Montrealu, w Kanadzie, a dyskutującymi byli moje koleżanki i kolega: Malajka – ze Stanów Zjednoczonych, Noori – z Korei, Ken – z Chin. Jedynie ja w całej klasie jestem Polakiem, tylko, że nie białym, ale czarnym. I to nie jakiś odcień brązu, czy „café au lait” – jak mówią Francuzi. Jestem czarny jak smoła – tak pewnego dnia określił mnie jeden z rodaków.
Miałem wtedy sześć lat i pojechałem z tatą na wycieczkę do Toronto. Zatrzymaliśmy się w luksusowym hotelu, w którym wszystko mnie fascynowało, a najbardziej piękna winda wykładana marmurem i mosiężną, złocistą blachą. Jazda nią wydawała mi się zaklętą podróżą w krainie baśni, gdzie za naciśnięciem jednego guzika mogę unieść się w przestworza. Wsiadłem do niej, już nie pamiętam, który raz z rzędu.
– Tato, tato, ja nacisnę – zakrzyknąłem – na wszelki wypadek – chociaż wiadomo było, że ojciec nie pozbawi mnie tej rozkoszy.
– A dla mnie też to możesz zrobić? – stojący w kącie obcy pan odezwał się po polsku.
Zapomniałem o guzikach i o czekającej mnie podróży windą. Nie spodziewałem się usłyszeć polskiej mowy w tym zupełnie obcym miejscu.
– Tato – pociągnąłem ojca za rękaw. – Ten pan mówi po polsku! – ostatnie zdanie wykrzyknąłem, patrząc na nieznajomego ze zdumieniem.
Obcy pan wybuchnął śmiechem.
– Też coś. Czarny jak smoła, a Polak!
Ojciec nacisnął guzik i winda ruszyła. Wyszliśmy z niej bez słowa pożegnania. Dopiero trochę później zrozumiałem, że określenie „czarny jak smoła” nie było miłe.
„Czarny jak heban” – tak tato opisuje kolor mojej skóry. Brzmi to pięknie. I wtedy zapominam o tej smole.
Po tym incydencie z windą, kiedy wróciliśmy do Montrealu, po raz pierwszy w życiu zapytałem mamę i tatę, – „dlaczego jestem czarny?”
– Urodziłeś się na Haiti, a twoi rodzice mieli ten sam kolor skóry, co ty. Zginęli w wypadku samochodowym, oddano cię do sierocińca i jak jeszcze byłeś bardzo malutki, trafiłeś do nas.
W szkole mój kolor skóry nie wzbudza zainteresowania, gdyż uczniowie pochodzą z różnych stron świata. Oburzam się tylko, kiedy ktoś mnie określa – Afrykański Amerykanin.
– Ani Afrykański, ani Amerykanin – wysilam się na najgrzeczniejszy ton. Jestem Polakiem – podkreślam z dumą.
Czuję się nim od zawsze. Już jako dwulatek umiałem wyrecytować – Kto ty jesteś, Polak mały. A potem z niezmiernym zapałem uczyłem się polskich wierszy i przy każdej okazji – urodzin, imienin, zakończeń polskiej szkoły – recytowałem coraz trudniejsze poematy. Nigdy nie zapomnę tego momentu – miałem wtedy osiem lat – gdy po raz pierwszy wziąłem udział w konkursie recytatorskim polskich szkół w Kanadzie i wystąpiłem z Inwokacją Mickiewicza. Stanąłem na środku sali, położyłem na piersi prawą rękę i drżącym ze wzruszenia głosem zacząłem – „Litwo, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie…”
Kiedy skończyłem, rozległ się dosłownie huk oklasków, ludzie powstali z krzeseł, a wielu z nich ocierało łzy. Zdobyłem pierwsze miejsce i przy odbieraniu dyplomu otrzymałem podobnie gromkie brawa.
Z biegiem lat występowanie w polonijnych konkursach recytatorskich stało się dla
mnie już rutynowe. Koleżanki i koledzy z klasy doskonale znają mojego bzika na punkcie
Polski. Nie mogą tylko pojąć, dlaczego tak bardzo przeżywam kulturę i historię kraju, w którym ani się nie urodziłem, ani nigdy w nim nie byłem. Tego drugiego też nie mogę zrozumieć. Pytałem o to rodziców, ale oni zawsze dawali wymijające odpowiedzi. Dominowała w nich ta najbardziej oczywista – „nie mamy pieniędzy”. Przekonuje mnie wystarczająco, gdyż rzeczywiście jesteśmy biedni jak przysłowiowe myszy kościelne. Rodzice – poloniści z wykształcenia, oprócz masy książek przywiezionych jeszcze z Polski, a potem kupowanych przy lada okazji, tak, że każda wolna półka jest nimi wypełniona po brzegi – nie dorobili się niczego. Nie przeszkadza mi to, gdyż uczniowie mojej szkoły – w większości dzieci bardzo niezamożnych emigrantów – wychowują się w podobnych warunkach. Zamiast ubierać się w markowe ciuchy, kupujemy ubrania w Armii Zbawienia i potem przechwalamy się, kto najmniej wydał na swoją kreację. Im bardziej jest dziwaczna, tym większe wzbudza zainteresowanie. Moja szkoła mieści się w olbrzymim, starym – a nawet jak na Kanadę – bardzo starym budynku. Uwielbiam jej popękane mury, skrzypiące schody, sufity ozdobione gipsowymi stiukami, drzwi z obłażącą farbą. Ale najbardziej kocham naszych nauczycieli i dyrektora, Toniego. Ubiera się niezwykle oryginalnie, nosi długie włosy związane z tyłu i namiętnie pali papierosy.
– Idziesz na wagary? – krzyczy, gdy zobaczy ucznia, chyłkiem przemykającego przez szkolne podwórko podczas lekcji.
Uczeń, który po raz pierwszy ma do czynienia z dyrektorem, staje jak wryty, spodziewając się co najmniej ostrej nagany.
– To po drodze kup mi fajki – Toni wychyla się z okna i wyrzuca kilka monet.
Na każdej przerwie, w kącie podwórka, razem z innymi nauczycielami – palaczami, nasz dyrektor wyciąga z kieszeni paczkę papierosów, możliwe, że kupioną przez wagarowicza. Traktujemy tę przywarę z przymrużeniem oka.
Bo, ach, ci nasi belfrowie, co to są za ludzie! Taka na przykład Klotylda, nauczycielka śpiewu. Potrafi ze stu uczniów, z których połowa nie ma słuchu, stworzyć fantastyczny chór, zdobywający nagrody w Kanadzie i poza jej granicami. Wygląda dosyć komicznie, owinięta w bardzo obszerne suknie i długie szale o jaskrawych kolorach. Gdy dyryguje naszym chórem, staje na palcach wykonując taneczne ruchy, a raz, doznając maksymalnej ekstazy, po prostu wypląsała w szalonych podrygach na korytarz, aby natychmiast pojawić się z powrotem – z nadal uniesioną batutą. Nauczyciel angielskiego, Richard, nosi kraciaste marynarki, a do koszuli – zawsze niezwykle kolorowych – doczepia muszkę. Siwe, wiecznie potargane włosy przykrywa staroświeckim melonikiem. To on mnie zaraził miłością do poezji antycznej. Godzinami można z nim dyskutować nie tylko o Odysei czy Iliadzie, ale o wszystkich problemach naszego młodzieńczego wieku. Nauczyciel teatru – przezywamy go Szekspir – jak można się domyśleć, ma bzika na punkcie – Szekspira. Jego lekcje są dla mnie szczytem szczęścia. Odbywają się aż cztery razy w tygodniu i niemalże każda z nich jest próbą do nowo wystawianego przedstawienia. Mimo mojego koloru skóry gram główne role w sztukach włoskich, francuskich, niemieckich i oczywiście angielskich z Szekspirem na czele, gdzie jedynie w Otellu „jestem sobą”.
Jak można odgadnąć z mojego opisu, nasze gimnazjum jest o profilu artystycznym, z poszerzonym programem zajęć plastycznych, muzycznych, teatralnych. W szarych, zniszczonych murach budynku szkolnego mieści się piękna, bardzo ozdobna aula – jedyne pomieszczenie, które świeci wręcz przepychem. Nic dziwnego, że jest dumą naszej szkoły. To w nim odbywają się koncerty orkiestr szkolnych, występy chórów oraz przedstawienia teatralne. Nawet, gdy trzeba wykupić na nie bilety, nigdy nie mamy problemów z frekwencją. Sala zawsze dosłownie trzeszczy w szwach. Jedynie podczas jednego przedstawienia nie byłem pewien, czy widownia nam dopisze. To byli Emigranci Mrożka. Przyniosłem książkę do szkoły i pożyczyłem ją Szekspirowi. Następnego dnia podszedł do mnie na przerwie, trzymając Emigrantów w ręku.
– Idealne dzieło. Jakbym czytał o moich rodzicach – mruczał do siebie, przewracając kartki. – Wystawimy tę sztukę. Będziesz grał tego mądrego, co filozofuje, a Jung – su – prostaka – dodał.
Wbrew moim obawom na pokaz przyszły tłumy. Na widowni czuć było pełne napięcia skupienie. Co jakiś czas ktoś zaśmiał się, pociągnął nosem lub otarł łzy. Kiedy po zakończeniu spektaklu zapadła kurtyna, z zamarłym sercem wsłuchiwałem się w ciszę. Już miałem wpaść w rozpacz, gdy zagrzmiały oklaski, wiwaty, okrzyki. Kurtyna podniosła się i ujrzałem mrowie ludzi o różnych kolorach skóry, w różnym wieku, a wszyscy mieli wymalowane na twarzach zachwyt i wzruszenie. Wywoływano nas już nie pamiętam ile razy, aż w końcu widownia ściągnęła nas ze sceny i grupa naszych kolegów uniosła mnie i Jung Su w górę. W ten sposób zostaliśmy przeniesieni przez całą salę,. Gdy wreszcie znaleźliśmy się na nogach, trafiliśmy w objęcia ludzi, z których prawie każdy był emigrantem.

*

Minął rok od napisania tych wspomnień. W maju, jako jeden z najlepszych uczniów ukończyłem naszą szkołę. Nigdy jej nie zapomnę. Zdałem sobie sprawę, że i jej nazwa ma dla mnie znaczenie – Fine Art Core Education w skrócie F.A.C.E – twarz. W tej szkole moja twarz stała się ważnym, wartościowym elementem. Miała kolor hebanu, a nie smoły.
W szkolnej pamięci zostałem na zawsze jako czarny Polak. Przez cztery lata zdążyłem wyedukować moich przyjaciół z klasy w polskiej historii i literaturze. Na przerwach czytaliśmy: Sienkiewicza, Mickiewicza, Miłosza i Szymborską. Nie raz wywiązywała się dyskusja podobna do tej, opisanej przeze mnie na początku moich wspomnień. Również polskie filmy cieszyły się wielką popularnością. Przeżywaliśmy dzieła: Wajdy, Kieślowskiego, Zanussiego i Holland, radowały nas sukcesy reżyserów młodszego pokolenia.
Dla mnie wielkim wydarzeniem była montrealska premiera kinowa „Pana Tadeusza”. Przecież to Inwokacja otworzyła mi drogę do aktorstwa. Na film poszedłem z rodzicami. Odebraliśmy go tak samo – ze wzruszeniem, w chwili śmierci Robaka, z zachwytem – przy scenach sielskiego życia polskiego dworu, z odczuciem smutku i grozy – podczas momentów kłótni i walk.
Od razu kupiłem film na DVD i pożyczyłem go najpierw Malajce. Obiecała go obejrzeć jeszcze tego samego dnia i przekazać go innym, gdyż wszyscy z mojej klasy koniecznie chcieli film zobaczyć. W środku nocy obudził mnie telefon. Podniosłem słuchawkę, wściekły, że ktoś mnie budzi o takiej porze. Usłyszałem spazmatyczny płacz dziewczyny. Była to Malajka.
– Adam, Robak umarł – wyjąkała tragicznym głosem.
Jeszcze nie raz, z rodzicami i przyjaciółmi rozmawiałem o filmie. Tuż po zakończeniu szkoły, przy wystawnej kolacji na moją cześć, też zahaczyliśmy na temat Mickiewicza – przecież nosiłem jego imię. Około północy rodzice kazali mi zamknąć oczy i wyciągnąć ręce.
– Już możesz otworzyć! – mama zakrzyknęła podnieconym głosem.
Na mojej dłoni leżała koperta. Otwierałem ją powoli, wydobywając z niej złożoną kartkę papieru – bilet do Polski! Nie potrafiłem powstrzymać łez. Rozpłakałem się jak bóbr, a potem rzuciłem się w ramiona mamy i taty.

Podróż po ojczyźnie była bajkowa. Zobaczyłem Kraków, Gdańsk, Warszawę, Poznań Wrocław, pojechałem do Puszczy Białowieskiej, nad morze i w góry. Nigdy nie widziałem tak cudownego kraju! I nie dlatego, że to była moja pierwsza wyprawa poza granice Kanady i jeszcze nie odwiedziłem innych państw europejskich, które podobno są znacznie piękniejsze niż Polska. Dla mnie jednak mój kraj to nie tylko uroda miast czy wsi. Przecież tam wszyscy mówią w polskiej mowie! Początkowo upajałem się nią tak, że prawie nie dochodziły do moich uszu niektóre bardzo niemiłe uwagi pod moim adresem. Epitety – czarnuch, asfalt, murzynek Bambo – starałem się ignorować. A jednak długo siedziały w mojej świadomości i radość z poznawania ukochanej Polski została nimi zatruta. Niektóre reakcje ludzi, zwłaszcza w małych miasteczkach, też nie były przyjemne, ale przynajmniej nie miały podtekstu rasistowskiego. Raz, w Białowieży, kobieta prowadząca wózek z niemowlakiem, na mój widok zostawiła go na środku chodnika i podbiegła do mnie. Spytała się łamaną angielszczyzną, czy może dotknąć moich włosów. Gdy usłyszała moją odpowiedź w czystej polszczyźnie, otworzyła szeroko usta i stała tak przez dłuższą chwilę, aż płacz zostawionego w wózku dziecka przywrócił ją do normalnego stanu. Zrozumiałem, dlaczego rodzice nie chcieli mnie wysłać do Polski w wieku dziecięcym. Te incydenty mogłyby zabić moją miłość do „kraju tego, gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi przez uszanowanie dla darów nieba…” – jak to pięknie opisuje Norwid.
Po powrocie do Kanady, opowiadając rodzicom o Polsce, przemilczałem niemiłe momenty, koncentrując się wyłącznie na najwspanialszych wrażeniach. Ze wzruszeniem słuchali o odnowionych miastach, efektownie urządzonych restauracjach, sklepach i centrach handlowych, które są przepełnione towarami, a nie jak za ich czasów – świecące pustkami. Zadawali pytania o znajome kąty, oglądali zdjęcia i kilka krótkich, przeze mnie nakręconych filmów. Okrzykom zachwytów nie było końca.

Na spotkanie z przyjaciółmi umówiłem się w parku na górze Mount Royal. Każdy przyniósł coś do jedzenia i do picia. Rozłożyliśmy koce na trawie, usiedliśmy i zamiast rzucić się na prowianty, wszyscy wlepili we mnie wzrok.
– No opowiadaj, jak było! – pierwsza Malajka zaczęła się upominać o moje wrażenia z podróży.
Opisałem moją ojczyznę najpiękniej, jak umiałem. Wpatrywałem się w zasłuchane, przejęte twarze moich przyjaciół. Każda z nich była tak inna! Jedne były czarne jak heban – jak moja i Gulama – Hindusa, inne koloru kawy z mlekiem – Malajki i jej najlepszej przyjaciółki – Zarrin, białe jak śnieg Irlandczyków, piegowate Szkotów, śniade Indian, o różowych policzkach – Rosjan i Czechów. Gdy zakończyłem opowiadanie, posypały się pytania.
– A jak z rasizmem u Polaków? – niestety padło i to.
Z ociąganiem opowiedziałem im o kilku niemiłych incydentach
– I ty chciałbyś tam żyć? – zapytała Malajka. W jej oczach wyczytałem rozczarowanie i smutek.
Potoczyłem wzrokiem po wszystkich zebranych. I wtedy uświadomiłem sobie, jak jest nieistotne, że pochodzimy z różnych krajów, mamy inne kolory skóry, wyznajemy odmienne religie, albo nie wierzymy w Boga. Łączy nas jedna wielka sprawa, której na imię tolerancja. Dzięki niej tak dobrze czuję się w Kanadzie. I właśnie tutaj mogę kochać Polskę o wiele lepiej. Bo tylko człowiek szczęśliwy potrafi tak naprawdę dzielić się miłością z innymi i obdarzyć wielkim uczuciem swój kraj. Polska będzie dla mnie zawsze tym wyśnionym, bajkowym światem, o bogatej kulturze, ciekawej historii, wspaniałych ludziach. A o tych niedobrych rzeczach, które tak mnie zabolały, łatwiej jest zapomnieć, kiedy nie spotykam się z nimi na co dzień. Zrozumiałem patriotyzm moich rodziców. I chociaż są biali, a nie czarni, oni też wolą kochać Polskę na odległość. Żyć w bajkowej iluzji.
Przekonany, że dokonałem słusznego wyboru, już miałem odpowiedzieć Malajce – „zostaję tutaj”, gdy nagle zacząłem ponownie rozważać swoje przemyślenia.
„Czy taka miłość jest lepsza? Czy w ogóle można nazwać ją miłością? Może powinienem pojechać do ojczyzny i walczyć, aby każdy człowiek o odmiennym kolorze skóry mógł czuć się w Polsce tak dobrze, jak w Kanadzie?
– Pojadę tam. Może kiedyś, jak Obama, zostanę polskim prezydentem? Będę walczył, aby mój kraj był najlepszy ze wszystkich.
Przyjaciele popatrzyli na siebie z powątpiewaniem, ale też i z podziwem.
– Chce się bić, jak każdy Polak.
– Jak Kmicic.
– Jak Wołodyjowski.
– Zapomnieliście o Podbipięcie?
– No chyba, nie jak Zagłoba.
– Coś ty, on też był patriotą. Na swój sposób.
Dyskusja nabrała wigoru, jak zwykle, kiedy dotyczyła Trylogii. Przysłuchiwałem się jej w milczeniu, z uśmiechem na ustach. Byłem dumny, że dzięki mnie moi przyjaciele, tak jak ja, pokochali polską literaturę i historię. W tego prezydenta to za bardzo nie wierzę, ale cuda się zdarzają. Przecież, gdy Martin Luter King miał swoje słynne przemówienie – „Mam marzenie”, nie przypuszczał, że Amerykanie wybiorą Baraka Obamę. W Polsce są ludzie o odmiennych wyznaniach, światopoglądach, narodowościach i nawet kolorach skóry. Oni powinni czuć się w ojczyźnie, jak my w naszej klasie. Ja, jako czarny, polski prezydent będę walczyć o ich prawa. I wtedy Polska będzie świeciła przykładem dla wszystkich narodów.
– Pojadę z tobą – Malajka poderwała się na równe nogi, podeszła do mnie i wzięła mnie za rękę.
– No to mamy Baraka i Michelle, przyszłą parę prezydencką Rzeczpospolitej Polskiej – ktoś zażartował.
Ściskałem dłoń Malajki i czułem, że we mnie narasta miłość, inna, ale równie piękna, jak ta do Polski. Gotowa do poświęceń i bohaterskich czynów.

Zabijanie słowem

DSC_3054

Dlaczego nie idzie się za to do więzienia? Dlaczego nie ma na to kary? Osoba zabijana słowami przeżywa powolne konanie .  Iluż znamy takich ludzi? Opowiadają o swoich związkach, o rodzinie. Jakże wiele w nich niemiłych, albo wręcz brutalnych słów. Zaczynały się już w dzieciństwie – „dla ich dobra”. Potem szkoła i nauczyciele szafujący krytyką, koledzy i koleżanki zazdrośni o sukcesy czy o powodzenie na płaszczyźnie towarzyskiej. Jedynie nieliczni umieją sobie z tym poradzić.  A w każdym z nas drzemie tęsknota za dobrymi słowami. I może nie za szaleńczą i romantyczną miłością – szczególnie,  gdy już wiek podeszły się zbliża, ale za życzliwością, uśmiechem, pogodną atmosferą. Do rozpoczęcia dnia od słowa – „kochanie” i do wieczornego przytulenia. Dlaczego jest to takie trudne? Dlaczego dom traktujemy jak śmietnik? Na zewnątrz potrafimy być mili, uśmiechnięci, a po przekroczeniu progu własnego mieszkania opada z nas maska i wyłania się potwór. Wykrzyczymy sobie – ulży nam i potem czasami czujemy wyrzuty sumienia, szczególnie, gdy widzimy łzy w oczach drugiej „ kochanej” osoby. Niektórzy potrafią przeprosić, większość nie. Ale i jedni i drudzy się nie zmieniają. Uważają to za normę. Bo przecież nie biją. Są dobrymi ludźmi. A że czasem wypśnie im się niedobre słowo, albo cała ich litania?  Oni szybko zapominają, a ich „ofiary” nie. Siedzi to w ich świadomości i rani. Zabija miłość, rodzi obojętność, potrafi zamienić się w nienawiść. W ten sposób tworzy  się piekło na ziemi. I nie potrzeba do tego wojny i głodu, choroby czy śmierci. Wystarczą słowa.

Śpieszmy się kochać ludzi

IMG_6846 copy SMALL copy

Tak nas zachęcał ksiądz Twardowski. Prawda niby oczywista. Ale czy to potrafimy? Wystarczająco jest trudno kochać bliskich, a co dopiero dalszą rodzinę, znajomych, czy przygodnie spotkanych ludzi. O wiele łatwiej jest kochać dobrych, pogodnych i miłych, niż osoby z problemami. Tych ostatnich staramy się unikać, gdyż potrafią być niezmiernie nużący. A my przecież mamy dość swoich kłopotów. I ja nie należę do wyjątków. Zdecydowanie wolę wesołe, miłe towarzystwo. Zdarzyło mi się jednak w życiu być cierpliwą powiernicą cudzych zmartwień i to w dosyć długim okresie czasu. Moja znajoma rozwodziła się z mężem i bardzo to przeżywała. Dzwoniła do mnie kilka razy dziennie, płakała w słuchawkę lub wylewała z siebie potok słów. Miałam wtedy małe dzieci i byłam na urlopie wychowawczym, więc przebywałam często w domu. Nauczyłam się odbierać telefon i w tym samym czasie coś robić, głównie to było prasowanie – wtedy się prasowało tony ubrań, łącznie z pieluchami – a i nie było komórek czy telefonów bezprzewodowych, żeby odejść w odległe miejsce. Było się uwiązanym do aparatu. Nie raz miałam ochotę powiedzieć nieszczęśliwej kobiecie wprost, że już nie mam sił słuchać jej wywodów. I zawsze jakaś siła mnie od tego powstrzymywała. Po dwóch latach tego typu częstych konwersacji, a właściwie wysłuchiwania monologów, znajoma pozbierała się, spojrzała radośniej na świat i przestała dzwonić.

            – Gdyby nie ty, pewnie popełniłabym samobójstwo. Nie raz byłam na skraju kompletnego załamania – powiedziała mi pewnego dnia, wręczając wielki bukiet róż.

Minęły lata, sytuacja się powtórzyła. Para znajomych ludzi przeżywała kryzys. Nie starałam się wnikać, jak głęboki. Owszem rozmawiałam, ale może nie dostatatecznie? Oboje nie żyją. Ona popełniła samobójstwo, on prawdopodobnie też. Myślę o nich codziennie. Czy mogłam w jakiś sposób temu zapobiec?

            – Nawet ich dobrze nie znałam – usprawiedliwiam się, ale sumienia nie da się oszukać. Wiem, że mogłam się bardziej przejąć, więcej porozmawiać, okazać serdeczność.

Na ile jesteśmy w stanie angażować się w cudze nieszczęścia? Nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć. Wiem jedno, że gdy jest już „za późno” często czujemy żal, że można było więcej. 

Spotkanie z panią Marią

Spotkanie z Panią Marią

W całym moim życiu – dość długim, bo skończyłam 92 lata i można mnie nazwać jeszcze nie staruszką, ale osobą wiekową – nigdy nie straciłam wiary w człowieka. Nawet podczas mojego dwuletniego pobytu w łagrze na Syberii nie zaznałam upokorzenia i lęku przed drugim człowiekiem, wręcz przeciwnie, byłam świadkiem wielkiej więzi międzyludzkiej. Ludzie mi mówią: „Marysiu, jak ty możesz tak łagodnie opowiadać o Syberii.” A gdy przyjaciele mnie przestrzegają przed nadmiernym pomaganiem innym, zawsze przypomina mi się łagier i mama, która zaniosła garnek kaszy rodzinie biedniejszej od nas. Wzruszeni jej dobrocią protestowali słowami – „Wandziu, przecież ty masz trójkę dzieci”, a ona powiedziała – „dzisiaj ja mam i mogę się z wami podzielić, a jutro może być odwrotnie”. I tak było w tym obozie, gdzie zostali zesłani Żydzi z Polakami – wspomagaliśmy się, przyjaźniliśmy. Pomagali też nam Rosjanie.” 

Tak zaczęła swoja opowieść Pani Maria, Sybiraczka, wieloletnia Prezeska Komitetu Pomocy Dzieciom, który został założony tuż po wojnie przez kilka pań. Postanowiły wyrabiać i sprzedawać pierogi i w ten sposób zbierać fundusze na rzecz dzieci. Corocznie przekazują 20 tys. dolarów kanadyjskich na instytucje zajmujące się kalekimi dziećmi.

„Stąd powstał mój przydomek – „Marysia od pierogów” – gdyż przez wiele lat pełniłam funkcję prezeski tej organizacji. To było coś wspaniałego – praca na rzecz dotkniętych chorobą dzieci i to razem z osobami ideowymi, które robiły wszystko z poświęceniem, jako ochotnicy. Komitet zrzeszał ludzi po przejściach wojennych i może dlatego byli tak wyczuleni na krzywdę ludzką.”

Pani Maria ciągnęła swoją opowieść, a ja wsłuchiwałam się w historie o ludziach, którzy bez rozgłosu chcą coś robić dla innych. Ilu takich jest jak Pani Maria? Pogodnych, skromnych, pełnych poświęcenia? Dlaczego świat o nich nic nie mówi i nie ukazują się ich fotografie na pierwszych stronach kolorowych czasopism, o tytułach Sukces, Twój styl  i innych? Czyżby potrzeba na tego typu ideały już wymarła? Dlaczego dopiero po ich śmierci, albo tuż przed śmiercią – jak w przypadku Ireny Sendlerowej – dowiadujemy się o cichym heroizmie, który powinien być dla nas wzorcem postępowania?

 

 

Obrazek

Padre Martin – “nasz” ksiądz

Spotkałam się na rozmowie z księdzem Marcinem – z padre Martinem – jak go nazywają Meksykanie – w jednym z najstarszym kościołów Meridy.  O księdzu dużo słyszałam, poznałam go na co miesięcznym zebraniu Polonii Meridiańskiej, ale nie miałam okazji z nim porozmawiać. Dlaczego chciałam spotkać się  akurat z tym księdzem? Może dlatego, że mi się z nim nie kojarzył? Ubrany normalnie – w dżinsach, koszuli i w sandałach – a dodatkowo nie musiałam się zwracać do niego – „proszę księdza”, tylko po prostu „Marcin.”  Atmosfera starego, XVII wiecznego  klasztoru, w którym obecnie  urzęduje Marcin, dodawała „atmosfery” naszemu spotkaniu.   Siedliśmy sobie przy stole i  popijając kawę  zaczęłam zadawać mu pytania. Pierwszym było – dlaczego przysłali go do kraju, drugim po Brazylii, jeśli chodzi o ilość katolików? Czy nie ma w Meksyku dostatecznej ilości lokalnych księży?

– Nikt z lokalnych księży nie spieszył się, aby objąć biedną parafię – taka była odpowiedź Marcina.  „Czyli rewolucja niczego duchownych meksykańskich nie nauczyła” – pomyślałam.  A potem już rozmowa potoczyła się gładko, o marzeniach Marcina o misji w Chinach, gdy tymczasem wylądował w Meksyku, pokochał ten kraj i nie wyobraża sobie mieszkać w innym. O tym, jak prowadzi parafię, jak mu w tym świeccy pomagają, jak razem z radą parafialną ustala tematy do kazań, aby docierały do ludzi, jak organizują wakacje dla biednych dzieci, jak próbuje uratować zabytkowy kościół, jak … Mijały godziny, a ja pytałam i słuchałam. Czy miał dziewczynę zanim poszedł do seminarium, kiedy poczuł powołanie, czy nie czuje się samotnie z dala od rodziny i Polski….???A potem padły pytania o polski Kościół,  księży,  kryzys wiary… Nie będę przytaczać odpowiedzi Marcina, gdyż w tej rozmowie była dla mnie najważniejsza jej normalna atmosfera. Świecka osoba – ja, miło sobie konwersuje z księdzem, nie padając przed nim na kolana i nie „proszę księdzując”. Po prostu człowiek z człowiekiem. Dlaczego tak nie można częściej? Umówić się z księdzem na piwo, wyskoczyć z nim do kina? Nie sugeruję, żeby sam na sam, ale w grupie, w której ksiądz byłby „nasz”. Można by było się z nim zżyć, zrozumieć, pomóc, podpowiedzieć.

Na szczęście miałam trochę takich kontaktów za młodych lat, podczas wędrówek z wujem Tadeuszem – czyli z księdzem Tadeuszem Fedorowiczem. Rozmawialiśmy z nim, żartowaliśmy, pytaliśmy.  A potem, już jako dorosła, widywałam księży jedynie podczas mszy i chodzących po kolędzie. Często wśród przyjaciół poruszaliśmy temat – księża a świeccy. Niemalże każdy miał w zanadrzu kilka przykładów fatalnych zachowań księży.  Były też dobre wspomnienia, niestety nieliczne. I tak narzekając na Kościół jako instytucję chodzimy na mszę, marząc o wspaniałych duchownych, tak jak marzymy o lekarzach – Judymach, czy nauczycielkach – Siłaczkach.

Czy w Polsce są ruchy świeckich, które mają na celu zbliżenie kleru do wiernych? W poprzednim blogu pisałam o nudnych kazaniach – z jakże częstym odwiecznym – „zastanówmy się, kim jest dla nas Jezus Chrystus”, kojarzącym mi się ze szkolnym – „co poeta miał na myśli?”

A gdyby tak spytać wiernych, o czym chcieliby usłyszeć w Kościele? Albo co sądzą na temat działalności danej parafii? Co im się podoba, a co chcieliby zmienić? Jak do tego się zabrać?

Przypomina mi się ulubiona lektura z dzieciństwa – Ania z Zielonego Wzgórza. Dużo było w niej o pastorze Allanie i jego żonie – w jaki sposób stali się częścią społeczności. Czy nasi księża też mogą być „nasi”.  Tak jak Marcin,  z którym ponownie się spotkaliśmy na zebraniu Polonii. Odpowiadał nam na pytania –  i nie z góry, z ambony, rzucając frazesy prosto z Rzymu –  tylko co on – normalny człowiek – sądzi na ten, czy inny temat.

– O, padre Martin, ogromnie go lubimy – nasza meksykańska sąsiadka podnosi do góry ręce w zachwycie, gdy pytamy ją, czy zna Marcina.

Jakby było miło, gdyby polscy parafianie mogli tak samo mówić o swoich księżach. Co zrobić, aby tak się stało?

P.S. Widok ruiny pięknego, olbrzymiego kościoła spotkanego w czasie podróży przez Meksyk natchnął  mnie do napisania tego bloga. Tuż obok ruiny stał malutki kościółek, świadczący o znacznie zmniejszonej ilości wiernych.  Duży kościół był jeszcze w dobrym stanie w latach 50- tych. Potem już nie było dostatecznej ilości wiernych, aby go utrzymać. Co będzie z polskimi kościołami, kiedy ludzie przestaną do nich chodzić?

Obrazek

ObrazekObrazek

Kościół, ale jaki?

 

„Jestem wierzący, ale nie praktykujący”  – coraz więcej ludzi w ten sposób określa swój stosunek do kościoła. I ja też do nich należę. Jest mi z tym wygodnie  – co jakiś czas westchnę do Boga, wierząc, że istnieje i ma mnie w swojej opiece, ale nie muszę w każdą niedzielę wsiadać w samochód i jechać kilka kilometrów, aby uczestniczyć we mszy. I nie moje lenistwo, czy brak pieniędzy na benzynę  jest tego powodem. Zawsze, od kiedy pamiętam msze mnie śmiertelnie nudziły. Wyjątkami były te, kiedy zdarzał się utalentowany kaznodzieja lub co jakiś czas wystąpił dobry chór. Bita godzina modlitw, nad którymi nigdy nie potrafiłam się skupić – nie sprzyjało temu mimowolne obserwowanie ziewających, szepczących dorosłych, czy marudzących dzieci. Kazania na ogół poruszały oderwane od rzeczywistości nieciekawe tematy, a potem komunia, do której rzadko przystępowałam, zastanawiając się, kiedy to ostatni raz byłam u spowiedzi. Zawsze wychodziłam z ulgą, ciesząc się, że mam to za sobą.

W końcu zadałam sobie pytanie – czy wiara w Boga ma kojarzyć się z uciążliwym, niemiłym obowiązkiem, czy raczej nie powinna być radosna, a wizyta w kościele cudownym, religijnym przeżyciem? Od tej pory przestałam chodzić do kościoła, modląc się w lesie czy innych pięknych miejscach, dziękując Bogu za wszystko, co dobre, nie narzucając się mu ze swoimi zmartwieniami. Moją wiarę podsycają wszyscy szlachetni chrześcijanie, których napotykam w życiu, oraz kilku księży , którzy swoją postawą zrobili na mnie takie wrażenie, że nigdy nie zmienię się w antyklerykała.

I tak sobie żyję już przeszło dwadzieścia lat, nie zastanawiając się, czy czynię dobrze czy źle. Niekiedy wdaję się w dyskusję na temat Kościoła, które na ogół kończą się jego potępieniem.  No bo na przestrzeni wieków Kościół się bogacił , gnębił, mordował, a ostatnimi czasy jest ciut lepszy (nie morduje wprawdzie, ale uprawia pedofilię),  ale daleko mu do doskonałości. Przypominają mi się wtedy ci wspaniali księża, których poznałam i moje osądy od razu łagodnieją.

Dużo ostatnio myślę na temat swojej postawy wobec Kościoła (zaznaczam, że katolickiego). Zastanawiam się, na ile wina leży po stronie księży, a na ile po stronie świeckich. Przecież Kościół to nie tylko mała grupka kapłanów i zakonników, ale i rzesze wiernych. Gdyby nie te miliony wierzących, instytucja kościelna przestała by istnieć. Dochodziło do krwawych, antyklerykalnych rewolucji, które nie miały na celu zmianę Kościoła, ale jego zagładę. Czy może powstać rewolucja – ale taka masowa, która zmieni Kościół na tyle, aby stał się instytucją godną zaufania? Czy ja nie powinnam się w to włączyć, zamiast siedzieć z boku i krytykować? W końcu jestem za tym, aby chrześcijaństwo nie upadło, ale rozwijało się i szło śladami Chrystusa.  

W następnym blogu opiszę rozmowę z księdzem Marcinem, młodym Polakiem, który przyjechał do Meridy kilka lat temu. Będzie to kontynuacja rozpoczętego tematu – czego wierzący oczekują od Kościoła, jakich chcieliby mieć księży? Może powinien powstać portal na ten temat, z którego mogliby korzystać nie tylko świeccy, ale też i kapłani?

 

Wszystkie zdjęcia na blogu są mojego autorstwa. Zabraniam ich kopiowania bez mojej wiedzy. 

Obrazek

 

Dzwi do raju

 

Drzwi. Z pozoru nic wielkiego, nad czym nie warto się nawet zastanawiać. Otwieramy je, zamykamy, wchodzimy, wychodzimy.  A tymczasem w literaturze czy w filmie są bardzo istotnym elementem. Otwierane: powoli ze skrzypieniem, popchnięte gwałtownym gestem, kopnięte nogą, grzmotnięte pięścią… kreują napięcie, grozę, ulgę …

W Meridzie, Meksyku różnorodność drzwi natchnęła mnie do głębszych refleksji: niektóre pamiętają czasy konkwistadorów, inne trochę młodsze lub całkiem współczesne.  Od przepięknie odnowionych, do takich, o których zapomniano, zostawiając je na pastwę słońca, deszczu i wiatru. Pewnego dnia stały się moimi „modelami” podczas wypraw zaułkami Meridy. Przyglądałam się im, dotykałam, wyobrażałam sobie wiele sytuacji sprzed lat, kiedy nie było samochodów, a wąskimi uliczkami sunęły karoce, wozy i jeźdźcy. Ozdobne, wysokie drzwi prowadziły do chłodnym wnętrz domów kolonialnych, zastawionych rzeźbionymi meblami, między którymi przesuwały się damy w koronkowych, haftowanych sukniach.

Powstrzymuję swoją wyobraźnię na wodzy, bo zawsze lubię idealizować przeszłość i wtedy zaczynam wzdychać, – „dlaczego nie żyłam w „tamtych czasach?”. Wracam na ziemię i przyglądam się drzwiom odnowionym, przy którym widnieją tabliczki z nazwiskami rodzin. Ten zwyczaj, tak zupełnie mi nie znany, wzbudził mój zachwyt.  Dla mnie, jako Polki czy Europejki  nazwa „dom” ma o wiele większe znaczenie niż dla Amerykanina czy Kanadyjczyka. Dom powinien służyć rodzinie przez wiele pokoleń. Dzięki temu żyje wspomnieniami, jego ściany są nasycone pięknymi i tragicznymi chwilami, czułymi słowami czy kłótniami. Taki dom nie jest zwykłą budowlą z drewna, kamieni czy pustaków,  urasta do czegoś wznioślejszego, jest przystanią, opoką, rajem lub…piekłem. Zależy od nas, jakim go wykreujemy, i nie tylko meble, dywany, kwiaty przydają mu atmosfery, ale my sami.

Tabliczki z nazwiskami właścicieli dają wyobrażenie, że mieszkańcy domów żyją  w nich już dość długo. Bo któż, pragnący zatrzymać się tylko na rok, chciałby zadawać sobie trud i wmurowywać ozdobny napis. Przechadzam się ulicą pełną domów należących do znanych mi już rodzin. Odczytując ich nazwiska, mimowolnie przyglądając się dłużej całemu otoczeniu. Fotografuję, dostrzegam coraz więcej szczegółów. Niekiedy drzwi się otwierają i ciekawie spogląda na mnie dziecko, wychodzi wystrojona kobieta – może na spotkanie z przyjaciółką, a może z kochankiem?,  dziadek o lasce powoli przechodzi przez próg. Ileż to historii dzieje się za zamkniętymi drzwiami!  Przypomniały mi się bajki Andersena, w których przedmioty ożywają i zaczynają mówić ludzkim głosem. Wyobraziłam sobie, że otwieram drzwi do różnych domów, a one, już przy naciśnięciu klamki zaczynają mi powierzać tajemnice swoich wnętrz.

A drzwi do mojego własnego domu? Co by opowiedziały? Mimowolnie uśmiecham się. Za drzwiami moich dwóch domów – i tego w lesie kanadyjskim i tego na uliczce starówki Meridiańskiej przeżyłam wiele pięknych chwil.  Pewnie dlatego z taką przyjemnością je otwieram, tak, jakby były przysłowiowymi „bramami do raju”.

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek